Malta - trzeci LOVELY day :-)

Witka :-)

Zaczynamy nowy dzień. Nie wiem, co dzisiaj jest - wtorek/środa? Mówię serio! Skończyłam pracę (wczoraj/dziś:-P) po 24 i nie mogłam zasnąć, bo (przepraszam za dobitne wyrażenie) nogi włażą mi po prostu w dupę. Mogę przebiec 23 km i nic mnie nie bolą, więc wyobraźcie sobie, ile wczoraj musiałam pokonać, skoro ich nie czuję :-P


Do rzeczy. Poznałam wczoraj WYBAWICIELI. Tomka i Elę - dwie dusze z Polski, które wreszcie wszystko mi wytłumaczyły jak "niedorozwiniętemu", tzn. powoli, po kilka razy, na spokojnie, z najlepszymi intencjami i poradami <3. W tym przypadku nie sprawdziło się moje powiedzonko: "Za granicą - Polak Polakowi wilkiem". Pomogli mi jak nikt do tej pory.
Jak sobie radzić z chamstwem?
Jak kombinują goście?
Jak wyluzować?
Jak sobie radzić z "nieogranięciem" maltańskim?
Jak nie zwariować?
itp. itd.
Niech im Bóg wynagrodzi.

Widzicie?! Ten na Górze nade mną czuwa. No i Pan Wiesiu z góry pewnie ma już w tym swój udział (łezka się w oku kręci, cudowny człowiek). Jak znajdziecie się w sytuacji bez wyjścia (pozornie - bez wyjścia), zawsze na Waszej drodze pojawi się ktoś lub coś, co Wam pomoże. Poczytacie proszę książki Reginy Brett "Jesteś cudem", "Bóg zawsze znajdzie ci pracę" itd. - cała seria "otworzy Wam oczyska". Życie mnie uczy, że nie ma co planować na zapas (nie chodzi o to, by ogólnie nie mieć celów, ale o niepotrzebne zamartwianie się). Kiedy "luzuję", wszystko staje się łatwiejsze, piękniejsze, milsze. Tak jak mówi Beata Pawlikowska - zamartwianie na zapas odbiera radość życia.
Niby banał, a jednak kwintesencja mojej pracy nad sobą.

Wczoraj wieczorem miałam taki hardcore, jakich mało. Robota w barze z prawdziwego zdarzenia, ale na szczęście z superchłopakami - mimo że mój angielski kuleje, to skupiam się i coś tam rozumiem. Gadam bez ładu, gramatyki i składu, ale coś tam mnie rozumieją - a jak nie to macham rękami i nogami i śmieję się - bo co innego robić :-D . Nie jest źle. Tutaj uczę się więcej niż na jakimkolwiek najlepszym kursie z native speakerem, więc to jest wielki plus mojego wysiłku tutaj.
Pozdrawiam po raz kolejny najlepszego nauczyciela na świecie z języka angielskiego, p. Andrzeja Śliczniaka, który pomaga mi zawsze we wszystkim i... wie, o czym zapewne tu piszę i co przeżywam.
Panie Andrzeju, I can do it! :-D

Wyobraźcie sobie Basię za barem w białej koszuli, czarnych spodniach i baletkach. Widok... wiem, wiem... komiczny! :-D
Starszy Anglik bał się, co powie moja mama hahahahah !
Dostałam pierwsze w życiu napiwki w EURO - niezbyt hojne, ale zwalam to na barki "kryzysu" hihi:-) Liczy się gest i tekst, że to "special for BARBRA" :-P
Skoro już macie bujną wyobraźnię, to pomyślcie tylko, jak Basia w hałasie ma zrozumieć, co zamawia pijany Anglik/Hiszpan/Holender/Niemiec/Rumun/Włoch...? :-) Nie wiem, ile razy powiedziałam: Could you repeat, please? / Sorry, I don't understand. Could you speak slowly?

Uwaga! Wymyślony został nowy Polish drink - Barb ;-), który miałam sama stworzyć dla kilku ciekawych polskich smaków turystów. Nie zdradzę receptury, ale jak nie trudno się domyślić, główny składnik przeze mnie wybrany to (rzecz oczywista) WÓDKA. :-) Nie tam jakieś giny itp. :-P

Zaraz zaczynam pracę, OOoooo! Muszę uciekać. Może dopiszę coś później w przerwie, ale nie obiecuję, bo mam robotę pisemno-podróżniczą (Mariusz, dzięki za cierpliwość do mnie :-* ).

Pozdrawiam,
3mjcie się UPALNIE :-P