Malta... to już CZTERY dni?! :-)



Co tam w naszych pięknych polskich stronach?
We wszystkim trzeba widzieć te dobre strony? Czytałam kiedyś taką książkę „za młodu” – „Polyanna”. Dziewczynka nawet w najgorszych chwilach potrafiła dostrzec coś dobrego.  Staram się wdrażać ten przesadny optymizm i powiem Wam, co mnie cieszy najbardziej.
1. Słońce – tego tu brakuje. Słońce to całe moje życie. Mój akumulator. Nie dziwmy się, że tam, gdzie w ciągu roku prawie cały czas świeci – ludzie są pogodniejsi, weselsi, na wszystko patrzą z większym optymizmem. Nam, Polakom, w listopadowe wieczory pozostaje chyba tylko… pogoda ducha (a i ją czasem trudno wskrzesić).
MYŚLAŁAM, ŻE NIE DOCZEKAM TAKIEGO WIDOKU!

CHMURY NA MALCIE?! WHAT?!

To tutaj pojawiają się chmury :) ?! ?! ?!
2. Brak telewizji! Boże, dziękuję – zero żałosnego teatrzyku politycznego, zero durnych wiadomości, zero powtórek śmiesznych seriali. Zero straty czasu. Zróbcie test! Ile czasu zyskacie, jak schowacie pilota od TV (albo – kto odważny- wyrzucicie przez okno :-P) i nie będziecie włączać tego pudła?! Ogłupia, zabiera cenny czas, który można tak pięknie spożytkować.

3.Uczelni – z wiadomych względów (NIE MYLIĆ Z ŻYCIEM UCZELNIANYM, ZNAJOMYMI ORAZ CIEKAWYMI ROZMOWAMI Z ULUBIONYMI WYKŁADOWCAMI).

4.Tutejsi ludzie i ich uśmiech, optymizm, energia, wyrozumiałość <3 . Grunt to dobra atmosfera. J Cudownie, że większość ludzi nie pochodzi z Anglii i nie mówi płynnym kwiecistym angielskim z nienagannym akcentem. Dzięki temu, mogę wyróżnić np. polski ANGIELSKI, rumuński ANGIELSKI, hiszpański ANGIELSKI, włoski ANGIELSKI, niemiecki ANGIELSKI, holenderski ANGIELSKI, maltański ANGIELSKI… no i gdzieś tam na końcu – angielski ANGIELSKI (brytyjski i amerykański) i język maltański. 
       Saaaame plusy:
- każdy się rozumie mimo różnic,
- wiadomo, kto skąd mniej więcej pochodzi (słychać na pierwszy „rzut ucha”!)
- nikt nie śmieje się z Twoich błędów, akcentu,
- jak nie wiesz, machasz rękami i się śmiejesz, albo tłumaczysz coś „dookoła”,
- uczysz się więcej niż przez lata na jakimkolwiek kursie językowym (jak już wspominałam).

Mogę wymieniać dalej, ale jak zwykle czas mnie goni do roboty. Wiecie – czasem trzeba się wyspać, zjeść (choć myślałam, że w taki upał nie będzie mi się chciało jeść [tylko pić], to o dziwo apetyt czasem dopisuje ze względu na „kombo” w pracy). Siły do ganiania na pełnych obrotach trzeba skądś czerpać – jakoś nie wierzę w cudowną energię kosmosu (tudzież samego słońca). 
* Fajne jest to, że wybór kulinarny mam spory – nie muszę dzięki temu porzucać wegetarianizmu (z czym się w ramach wyjazdu liczyłam). 
Codziennie świeża pyszna ryba (nawet lepsza niż najdroższa nad polskim morzem w sezonie), moc warzyw i świeżutkich owoców, sałatki, musli, POLSKIE MLEKO Z MLEKOVITY (!!! <3) codziennie!
Pieczywo – jak to za granicą – guma, fuj, dobrze, że nie jestem fanką. Powtarzam się, ale trudno – JEŚLI KTOŚ CHCE ZE MNĄ ZROBIĆ INTERES ŻYCIA, to zakładamy PIEKARNIĘ za granicą. To byłby hit! Czy w Londynie, czy na Malcie, czy gdzieś indziej… Warto się zakręcić.

Wczorajszy dzień zaliczam na poczet nabierania wprawy. Wnerwia mnie tylko, że wszystkie maszyny ciągle się psują, że kasy nie działają, że muszę latać po hotelu szukać bilonu na wydawanie klientom reszty. Poza tym, SPOKO. Powoli wprawiam się i ruchy z tempa „ślimaczego” przeistaczają się w ruchy „żółwia”.
 APEL: Ludziska, jeśli na kasie w Polsce czy gdziekolwiek widzicie osobę, która dopiero zaczyna przygodę z pracą – błagam – bądźcie wyrozumiali! Każdy się kiedyś uczy. Każdy robi coś po raz pierwszy. Pomyślcie, że też kiedyś możecie znaleźć się w sytuacji „ucznia-laika”. A ja otwarcie i uroczyście przysięgam – nigdy nie będę się denerwować, kiedy zostanę obsłużona przez praktykanta, który jeszcze zbytnio nie ogarnia sytuacji. 

Wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu informacji podróżniczych. Wpadłam też pogadać i potańczyć do pubu z ekipą z pracy. Pogadałam z Elką i Patrycją (POLISH GIRLS! ) i umówiłyśmy się wstępnie na rundę po klubach w St. Julian :-D W czasie pisania o Wyspach Kanaryjskich i Azorach, padłam jak „betka” i przysnęłam aż do rana. Dziś planuję większe skupienie :-P

No cóż, idę złapać neta, by wysłać Wam swoje bazgroły. Co chwilę zdarzają się śmieszne sytuacje, które chciałabym opisać, ale jak siadam, to albo mi ulatują, albo się spieszę :-D Także postaram się nosić jakieś karteczki i pisać drobne przemyślenia, by odtworzyć w pamięci to, co najciekawsze.

Aaaaa… Mam dobry patent. Kiedy najbardziej skwarzy lub jest pora posiłku (co równa się mniejszej liczbie klientów), to mam ze sobą słowniczek angielskiego i zakuwam słówka :-D No co?! Szkoda tracić czas! Tu inaczej się do tego podchodzi, bo ma się motywację. 

Tzn.? 

WIĘCEJ SŁOWNICTWA = WIĘKSZE POLE MANEWRU W ROZMOWIE = WIĘCEJ ROZUMIESZ = WIĘCEJ MÓWISZ = MOŻESZ ROBIĆ WIĘCEJ = MOŻESZ ZDOBYĆ LEPSZĄ POSADĘ… ITP. ITD. 
Może przy nauce (u nas, w Polsce) tak do tego podejdziecie, co? 

Pozdrawiam słonecznie i gorąco (bo ponoć u Was zimno).

Don’t worry, be happy!
Tęsknię, ale co poradzić.

WORK LESS, LIVE SLOW, SAIL MORE <3 !

Marzenia się spełniają ludziom, którzy przy nich trwają.
Tylko – zamiast gadać = działaj.

Jesteśmy w kontakcie :-*