Sweet home ! :-)



Dotarłam w jednym kawałku. Bez większych (całe szczęście) przygód wylądowałam we Wrocławiu. 

Aż łezka się w oku kręci, że to już koniec maltańskiej przygody. 


3 miesiące – mało czy dużo? Czuję lekki niedosyt, bo przydałoby się spędzić na Malcie więcej czasu, by zwiedzić wszystko, ale z drugiej strony i tak sporo udało mi się zobaczyć i doświadczyć. 

Celowo nie wykupiłam zwiedzania autobusem z trzech powodów:
1.Zdecydowaną większość miejsc na trasie zwiedziłam sama na własną rękę, więc nie było sensu wydawać pieniędzy na to, co już dokładnie widziałam.
2. Wolałam pieniądze przeznaczyć na ekstremalne wrażenia, to znaczy na paragliding i wyprawę motorówką z Sylwią.
3. Goście hotelowi opowiadali mi, że na górze autobusu panuje temperatura 50 stopni i po całym dniu zwiedzania niektórzy wręcz mdleli z upału, wymiotowali, zaś ich sprzęty (kamery, telefony) psuły się z powodu temperatury.

Wolałam nie ryzykować.
 
***
 
Niedziela pod znakiem przygotowań do odlotu minęła błyskawicznie. Wstałam wcześnie rano. Szybkie śniadanie i spacer po Bugibbie. Ostatni. Delektowałam się też po raz ostatni boskimi lodami w SottaZero. Prawdziwa wanilia słodzona stewią z orzeźwiającym sorbetem z truskawek. Niebo. 

Absolutnie najlepsze lody jakie jadłam dotychczas. Przebiły smakiem słynne barlineckie, które były moim numerem jeden.

W międzyczasie Sylwia bezczelnie mnie okłamała, że idzie się z kimś spotkać. Wiecie co wymyśliła podstępna kobita? Poszła mi kupić prezenty pożegnalne! JAK TU JEJ NIE KOCHAĆ?! Nawet postarała się, by pracownicy podpisali się na cudnej kartce pożegnalnej specjalnie dla mnie. SYLVIA – „AJ LOWJU, BELLA!” Spakowane walizy zniosłam do recepcji i ściskałam wszystkich napotkanych bliskich. Obiecaliśmy sobie być w kontakcie „fejsbukowym”. Mam nadzieję, że z niektórymi naprawdę nie stracę kontaktu. Jeśli zaś chodzi o Sylwię – planuję ją odwiedzić w Krakowie. Zaprosiłam ją oczywiście również do siebie. Planujemy wspólny trip do Barcelony. Jestem pewna, że takim dwóm wariatkom jak my to się uda!

Sylwia zrobiła mi niesamowitą niespodziankę, ponieważ od kilku dni szukałam koszulki z Malty, by mieć pamiątkę. Nie znalazłam nic i w niedzielę żałowałam, że nie zamówiłam sobie nadruku w pewnym sklepie. Zgadnijcie, co dostałam od Sylwii? KOOOOCHAM JĄ.

Miałam oczywiście drobne perturbacje z transferem na lotnisko, ponieważ Mario miał dziś wolne, ale w efekcie byłam z Sylwią na lotnisku jakoś wpół do trzeciej. Usiadłyśmy pogadać i podelektować się darmowym wi-fi, dzięki czemu czas zleciał bardzo szybko. Pożegnałyśmy się i bez problemów przeszłam kontrolę bezpieczeństwa. Po raz pierwszy kupiłam coś w strefie wolnej od cła i w towarzystwie buteleczki wysokoprocentowej pomaszerowałam do bramki numer 7. Stamtąd autobus zawiózł mnie pod same drzwi samolotu na płycie lotniska. Start samolotu to mój ulubiony moment. Kiedy odrywam się od ziemi… to takie niesamowite uczucie. Z lądowaniem – gorzej.
Szybko jako jedna z pierwszych odebrałam bagaże. Tata już czekał. Autobusem pękającym w szwach około 40 minut jechaliśmy z lotniska na dworzec PKP we Wrocławiu. 

Tam usiedliśmy sobie w „Maku” na kawie, którą chciałam zamówić… po angielsku! :-P xD AHAHAHAH

Pociąg o północy również był tak obładowany, że moja waliza stała na korytarzu. W przedziale siedzieliśmy w 7 osób + pies (spał na siedzeniu naprzeciwko mnie!). Ani się przespać, ani wyprostować nóg. Standard PKP. Pójście do toalety? „Miszyn impasibyl”! W efekcie z emocji nie spałam aż do teraz. Pewnie padnę po południu, kiedy emocje opadną. 

Wieczorem zgram zdjęcia z Comino z wyprawy z moją najpiękniejszą modelką :-*
Postaram się szybko zamieścić na blogu :-D

PS Ależ mi dziwnie! Gdzie moje palmy? Gdzie upał? Gdzie są napisy na sklepach i reklamy po angielsku?

POWYŻSZY WPIS MIAŁAM ZAMIEŚCIĆ WCZORAJ - 14 września. O godzinie 16 zaczęłam kopiować zdjęcia i filmy z aparatu na laptopa. W tym czasie położyłam się na chwilkę, bo nie spałam od dwóch dni. Stwierdziłam, że zdrzemnę się kwadrans... Taaaa... obudziłam się dziś o 5:56. Spałam jakieś 13,5 h bez przerwy! Przespałam wszystkich gości! Ale wstyd! Ponoć próbowali mnie budzić, ale spałam jak kamień. Właśnie ubieram się, wrzucam post na bloga i śmigam odwiedzić Babcię i resztę Rodzinki :-*

Wstyd. Przespać gości. Wstyd. :-P :-)