Drugi tydzień na Malcie. "13" - COŚ jest w tej liczbie...



Dzisiaj niestety mało pozytywnie. Dlatego ten wpis będzie ku przestrodze, a właściwie – ku kilku przestrogom. Świadomość tego, że mój blog ma status publiczny, każe mi pamiętać, że wszystko, co tu napiszę, każdy może przeczytać. Oznacza to, że mogę się narazić, ale… mam to gdzieś. 
Napiszę prawdę. A jeśli za prawdę mam odpowiadać, to będę. 
A to prywatna reklama książki, która dała mi kopa. I daje nieustannie. Brakuje mi jej tutaj (i pozaznaczanych w niej cytatów).
Sobotni relaks i błogie chwile wolności od serwowania drinków i lodów nieoczekiwanie zakłóciło kilka mroczniejszych stron maltańskiej rzeczywistości. To, że jestem w pięknym miejscu, wcale nie oznacza, że pobyt to jakaś jedna wielka sielanka. Są problemy. Są też rzeczy denerwująca, smutne i żałosne do granic. Nie brakuje uczuć "mało przyjemnych" – zażenowania, wstydu i złości.


Jak nie wiadomo, jak zacząć, to najlepiej od początku. Chciałam porządnie się wyspać. Czułam jak nigdy, że tego mi trzeba. Człowiek zmęczony = durne myśli = tęsknota itp. itd. Całą noc żarły mnie komary. Bzykały na potęgę. Rzucały się na mnie jak na… (bez porównania*). Jestem pocięta do granic możliwości. 
Są tu paskudne pająki. Są i myszy (wczoraj kolega zrobił fotkę, jak jedna dumnie spacerowała sobie po barze między butelką brandy i rumu). Mamy też szczury, kota hotelowego (leń śmierdzący :-P ), no i dużo dużo dużo karaluchów (no niestety…). 
Te całe zacne ZOO to jednak nic w porównaniu z komarami. Plaga! Gdybym wiedziała, to zrezygnowałabym z zawartości połowy bagażu rejestrowego i wpakowała w walizkę kilkanaście specyfików na tych agresywnych krwiopijców.
Sytuacja zmusiła mnie, abym - po opalaniu na plaży – poszukała apteki. 


Musiałam kupić jakiegoś OFF’a czy tego typu środek odstraszający komary. Po porównaniu cen, w aptece i tak wyszło najtaniej. Na durny spray wydałam prawie 6 Euro i gwarancji, czy coś podziała - NIE MAM. 

Okaże się już dzisiaj… Pamiętajcie – na Maltę weźcie więcej komarobójczych środków niż olejków do opalania! Podziękujecie mi za tę radę. 
Mi pozostaje gadać sama do siebie: „Sorry, taki mam tu klimat”.
 
Kończąc mało przyjemny wątek krwiopijców (tych owadzich i tych cenowych) – poranne plażowanie było strzałem w dychę. Mniejszy tłok i jak zwykle cudowne uczucie skwierczenia . Rozłożyłam się na ręczniku i totalnie odpłynęłam. Nie myślałam przez godzinę o niczym. Zresetowałam umysł. Po prostu wsłuchałam się w szum pluskającej wody i (jak to ja – gamoń) przysnęłam. 
Takie poranne wypady na plażę będę robić sobie częściej. Czysta przyjemność. Takie marnowanie czasu to ja lubię. 
Po tylu latach życia w skorupce – jest mi to potrzebne i sprawia radość tak wielką, jakbym pierwszy raz pomyślała o sobie i swoim komforcie.  



Nie mogłam się powstrzymać i zboczyłam w drodze powrotnej w obce dotąd uliczki.
Nowe sklepiki – inne cudeńka – wszystko po to, aby Basia nacieszyła oko. 
No i Wy przy okazji.
:-)
To się nazywa "pamiątka" z Malty... MAKABRA.



Przepiękne rzeczy w sklepie "Wszystko ze szkła".

No coment...







Chusteczki higieniczne ... :)

Lokalne przysmaki - chyba mój Tata łasuch coś tam dostanie :-)




Biedny ten konik w takim upale :-( Szkoda mi takiego wykorzystywania zwierząt.







Świat się kończy. Statyw do robienia selfie.








Przed południem zaczepiła mnie para Polaków. Usłyszeli, że jestem rodaczką i poprosili o pomoc. Byli w hotelu dwa tygodnie. Mieszkają w Londynie i wykupili sobie „u nas w hotelu” all inclusive. Wymeldowali się w południe (zgodnie z planem) i o 18 mają taksówkę na lotnisko – wracają do domu. Problem w tym, że kiedy zameldowali się dwa tygodnie temu w recepcji, kazano im wpłacić 50 Euro depozytu. Zdziwili się bardzo, bo nic o tym nie wiedzieli, ale zapłacili. Akurat był taki młyn (jak zwykle tu na recepcji) i bajzel, że lepiej nie mówić.
Dzisiaj, przy wymeldowaniu, poprosili o zwrot depozytu i zostali poproszeni o POKWITOWANIE. [Biały świstek wielkości chyba połowy strony A4, który rzekomo mieli dostać od recepcjonisty, który pobrał depozyt]. 
Nic takiego nie dostali. Otrzymali jedynie opaski (all inlucive), klucze do pokoju… ale pokwitowania nie wydano. 
Na recepcji była ponoć jeszcze jedna osoba, która zapytała, czy to już wszystkie formalności i nic więcej nie trzeba wydać parze Polaków. Usłyszeli, że nie – że to wszystko.
Próbowali coś wskórać, ale bez skutku. Szefowa jest nieugięta, recepcjoniści tłumaczą, że przewijają się tu setki ludzi, więc nie ma szans, by spamiętać, kto płacił, a kto nie. 

Powiem szczerze – sprawa śmierdzi mi na kilometr. Mimo że nie znam procedur meldowania się w hotelu, to logiczne wydaje mi się to, że recepcjonista nie wydałby kluczy do pokoju i opasek, gdyby Polacy nie zapłacili tego depozytu, skoro jest tu wymagany. Mylę się?! Nie sądzę. 
Już działamy z Magdą w tej sprawie, tzn. chcemy pogadać z naszym managerem, który jest dyskretny i tylko on może coś doradzić w takiej kwestii. Smutne jest to, że nie wierzymy w happy end w tym przypadku, choć do 18 zostało trochę czasu (kiedy to piszę). Piotrek (bo tak ma na imię Polak), również traci nadzieję, że odzyska depozyt. 

Jak to się skończy? Nie wiem sama. Najprawdopodobniej 50 Euro rodakom przepadnie, a KTOŚ sobie zarobi… Skandal. 

Ta sytuacja każe mi zwrócić uwagę na dwie ważne rzeczy:


1. POŚWIADCZENIE WPŁATY = POKWITOWANIE – za cokolwiek płacisz, domagaj się tego świstka, chociażbyś miał się przykuć do tego kogoś, kto pobiera od ciebie kasę. Inaczej – nic nie wskórasz w razie takich sytuacji jak ta wyżej opisana.

2. UMOWA ! – nie zamierzamy z Magdą dłużej czekać. Wedle agencji, z której ramienia tu jesteśmy, miałyśmy podpisać pierwszego dnia umowę z opiekunem praktyk. Umowa leży gdzieś rzucona w kącie, nasz opiekun (jak się dowiedziałam), bywa w hotelu może ze dwa razy w roku i go raczej nie spotkam, a do teraz oficjalnej rozmowy o praktykach NIE MIAŁAM (wraz z Magdą). Wszystko palcem po wodzie pisane! DOŚĆ. Za dużo już oszustw przerobiłam. Idziemy dziś i od razu chcemy podpisania oficjalnych umów naszych praktyk, jasno mają nam powiedzieć, kiedy wypłacą obiecane kieszonkowe i chcemy mieć wszystko na papierze. Nikt nie będzie z nami pogrywać. Niestety nasza agencja ma nas w nosie (mnie nawet nie odebrano z lotniska), nie mają pojęcia, co tu się dzieje i nie mamy co liczyć na ich wsparcie. Zapłaciłam jedynie kosmiczny rachunek telefoniczny za połączenia z Malty do Polski na lotnisku, kiedy to stałam godzinę jak słup soli z bagażami w zębach. Za rozmowy nikt mi nie zwróci – modlę się, by zwrócili mi chociaż za taksówkę, którą miałam „se sama” wziąć.   

Biorąc pod uwagę obserwowane cyrki – idziemy z Magdą dziś i nie damy się zbyć. Jeszcze się okaże, że robimy tu za sześć osób za darmo! Nie ma mowy. A jak się komuś coś nie podoba, to niech mnie wyśle do domu. Nic mnie tu nie trzyma. Wiadomo – żal wspaniałych wakacji i nieodkrytych maltańskich miejsc, ale płakać nie będę. Najwyżej wrócę sobie, ale już w innym charakterze i okolicznościach.
Zobaczymy, co nam dzisiaj powiedzą.
Panie, dzięki Ci za Magdę! Jej znajomość języka to dla mnie zbawienie. AMEN.

 
Wspominałam też o uczuciach, które do przyjemnych nie należą. Kwestia wstydu i zażenowania to coś, co muszę Wam wyjaśnić. Dziwimy się często, że Polacy mają za granicą taką a nie inną reputację. Stereotypy nie biorą się znikąd! Ludziska! Ogarnijmy że się! 

Pisałam już, że Polaków tu zatrzęsienie. Malta to popularna turystycznie destynacja i co chwila napotykam język polski. Generalnie praktykanci z Polski mają tu opinię niewiarygodnie odpowiedzialnych, dokładnych i pracowitych. Wiadomo – to cieszy. 
Jednak Polacy jako goście hotelowi - to już inna bajka. Nie chcę generalizować, bo wiele rodzin, które tu spotykam jest przesympatycznych i wpływa na pozytywne opinie o naszym kraju. 
Najgorsze jest to, że trafia się raz na jakiś czas buractwo (inaczej tego nie nazwę), które psuje całe dobre wrażenie i robi nam taką antyreklamę, że po prostu mam ochotę zapaść się pod ziemię (czy jak kto woli - utopić w hotelowym  basenie). Po prostu szok! 
Ludzie potrafią wykłócać się o największą bzdurę. Mam wrażenie, że to z nudów ludziom w tyłkach się przewraca i rozrywką staje się „czepialstwo” i prostactwo. 
Pretensje, żale, wymagania, żądania… a od siebie – NIC. 
Buractwo na wczasach wczuwa się zbytnio w rolę i zgrywa przy posiłkach p. Gesslerową, 
a w hotelowych pokojach  p. Rozenek. Litości! 

Nie chcę kończyć tak wrednie. Wyjdzie na to, że jest mi tu źle. 
Nie – jestem pozytywnie naładowana. 
Otoczona wieloma wspaniałymi osobami. 
Otulona słońcem. Zrelaksowana. Z dala od uczelnianych durnych zaliczeń. 
Jest dobrze. 
Nie chodzi jednak o to, by kreować sztuczny wizerunek IDYLLI, bo przecież nadal żyję w ziemskiej rzeczywistości. 
Co to oznacza?
Że otaczają mnie też chamscy ludzie, buraki, ignoranci i idioci. 
Że trzeba uważać na wszystko, bo oszustwo czyha i tylko czeka na moment osłabienia naszej koncentracji. Zresztą – pora na mój ukochany cytat:
 „DIABEŁ JEST MISTRZEM LUDZKIEJ PSYCHOLOGII”.

Dziś popiszę, zrobię sobie trening, popsikam się zakupionym  specyfikiem – jak nie podziała, to pójdę jak Boga kocham w środku nocy szukać MOSKITIERY. Owinę się i będę tak łazić do końca pobytu… no i  komar nie siądzie :-).

Rodzice w podróży, ale udało się poskajpejować w godzinach porannych, co mnie pocieszyło na resztę dnia.

Kocham, tęsknię. Zazdroszczę dzisiejszych Dni Gorzowa. Ale cóż… coś za coś. 
Ja mam ponad 30 stopni, słońce (i komary), a Wy fajne koncerty, fajerwerki, ale (jak donoszą wieści) zimno u Was w cholerę :-P


Zawsze – coś za coś.
Zawsze.

TO BE CONTINUED…