Pękły dwa tygodnie! 14 dni za mną



Dzisiaj to słońce rozpieszcza Maltę. Temperatura szybuje w górę. Jestem w pracy od 9 do 17:30, więc nie czuję temperatury otoczenia, ponieważ towarzyszy mi znienawidzona klimatyzacja. Pomyślicie, że zwariowałam, ale lepszy skwar niżeli śmierdzące powietrze z milionami zarazków niszczące moje zatoki. Musiałam wyskoczyć na chwilę z baru przy basenie po duże kubki do piwa. Zabrałam klucze od  kasy i zostawiłam karteczkę nabazgraną ręcznie: ‘BE RIGHT BACK‘ dla klientów. Wybiegłam na ulicę i… BUCH! Upalny wstrząs. 

Już wiedziałam, dlaczego dziś zasuwam przy nalewaniu drinków i przy lodach tak, że bardziej się nie da. Kolejka nie kończy się, mimo że nabrałam już nieco wprawy i ulepszyłam logistykę przygotowania drinków. Kręgosłup mi pęka od nakładania lodów z wielkiej zamrażary – nie wiem, ile dziś gałek wydałam – straciłam rachubę. Piwo nalewam non stop i tylko czekam na ten moment, kiedy kończy się zawartość beczki i piana wylewa się przy klientach na moją białą koszulę. BOSKO. Z uśmiechem lecę na zaplecze tłumacząc gościom, że muszę zmienić zbiornik. 

Pewnie ciekawi Was, jak daję sobie radę z takimi normalnymi rzeczami, jak na przykład pranie, prasowanie, jedzenie (skoro od 9 do 17/18 stoję za barem sama i nie mogę go zamknąć).

PRANIE – piorę ręcznie. Chciałam kupić sobie jakąś miskę i płyn do prania, ale uda się chyba zaoszczędzić. Nie uwierzycie, ale hotelowy pakiecik sprzątający oferuje oczywiście małe mydełko hotelowe wielkości kciuka, jakieś saszetki szamponu (niczym jednorazowa próbka z gazety) i plastikowy kubeczek. Zestaw marzeń. To niepozorne mydełko okazało się moim zbawieniem. Nie mam pojęcia, z czego je produkują (i nie chcę wiedzieć), ale to najlepszy odplamiacz jaki istnieje! Przywiozę tego do Polski, ile zdołam (Mamusia mi podziękuje J ). Najgorsze plamy po czerwonym winie, po piwie, arbuzie – znikają niczym w reklamie Vanisha. Rzecz jasna – Basia nie wiedziała, że plam po winie nie należy traktować gorącą wodą… mimo to, moje hotelowe maltańskie mydełko uporało się ze wszystkim. Miski też nie potrzebuję – piorę w wannie.

PRASOWANIE – kto by się tutaj przejmował prasowaniem? Moje białe koszule są dodatkowo tak uszyte, że prasowania nie wymagają i nie widać tak bardzo zagnieceń. ŻYĆ – NIE UMIERAĆ! Cudownie!

JEDZENIE – pora lunchu (OBIADU, do jasnej cholerki!) jest od 13 do 14:30, więc biorę klucze od kasy, zostawiam karteczkę ‘BE RIGHT BACK’ klientom i lecę do restauracji. Tam biorę wielki talerz (co by naładować, ile wlezie J ) nakładam standardowo zestaw „ala Cropson”: rybka, świeżutka sałata lodowa, pomidorki, ogórki, surówka z kapusty (czasem czerwonej, czasem białej, czasem z melonem, czasem z bobem…), często cukinię (przepyszna!), do tego jakiś sosik jogurtowo-majonezowy. Przykrywam drugim wielkim talerzem i pędzę do swojego Santa Maria Pool Bar. Tam konsumuję, jeśli znajdzie się chwila, kiedy klienci pluskają się w basenie. Daję radę, a co!


Zapomniałabym! Środek na komary działa! Cudownie! Wreszcie spokojnie przespałam noc i DZIADY paskudne nie budziły mnie swoim bzykaniem. Jeden problem z głowy. 
No to POLECAM :-)

Zupełnie nie czuję, że jestem na Malcie już drugi tydzień! Nie mogę w to uwierzyć. Gdyby nie mój cudowny kalendarz, nie wiedziałabym, który dziś dzień. W tygodniu nie mam pojęcia, czy to wtorek, czy już środa. Cieszy mnie brak czasu na zmartwienia i tęsknoty – po pracy padam na ryjek. I tak to wszystko się kręci. Coraz regularniej. Coraz sprawniej. 

Niedziela w pracy… to dla mnie nowość. Jakoś jej nie czuję bez pójścia do Kościoła. Dla mnie to coś więcej niż obowiązek wewnętrzny – to możliwość osobistego spotkania i rozmowy z Bogiem. Podziękowania mu za to, co mam. Ofiarowaniu mu zmartwień. Prośby o zdrowie dla mojej rodziny. Jestem krytyczna wobec „kazań” (homilii), więc zdarza mi się wyłączyć i po prostu samej pomodlić się - tak, jak chcę. 

Dzisiaj strasznie bolą mnie nogi. Daje mi w kość to stanie 8 godzin bez przerwy, oj daje… Zaczynają mi pękać naczynka. Muszę coś kupić w aptece – trudno – tak trzeba.

W środę i sobotę mam wolne, więc nareszcie spotkam się z moją Kuzynką Sandrą, która mieszka na Malcie. Razem podbijemy może stolicę Valettę :-D Jupiii! Nie mogę się doczekać.
Tymczasem kilka znalezionych drobiazgów w kolejnych odwiedzonych miejscach. W czapeczkach, okularach i kapeluszach nie wyglądam zbyt korzystnie, ale ten daszek jest całkiem przyjemny.








 *** DOPISEK PO PRACY: Nogi włażą mi w dupę. Dziś naprawdę wiem, co to znaczy! Morze drinków, ocean piwa i w moich uszach tylko wrzask dzieciaków: ‘ICE CREAM! ICE CREAM’… Powiem otwarcie. To był (jak dotąd) mój najgorszy dzień w robocie. Jestem tak padnięta, że tylko wrzucam post na bloga i idę się kąpać. Nie dojdę raczej na kolację, bo nie mam siły. Po zamknięciu baru musiałam jeszcze posprzątać i uzupełnić magazyn. Wywalczyłam jedynie tyle, że nie muszę nosić beczek z piwem. Wszystko inne – czyli kartony z wódką i innymi alkoholami, lód, zgrzewki napojów i kartony kubków – dźwigam z hotelu do hotelu przez drogę jak wielbłąd. Dziś miałam kilka takich przepraw po pracy i nie czuję nóg, rąk, kręgosłupa. Rzadko narzekam, że jestem zmęczona. Dzisiaj jednak nie mam sił ruszyć już powiekami. 
Nie zdążyłam nawet zjeść obiadu , bo nie miałam 3 minut bez klientów przy ladzie. 
Wymiękam.

Przycisnę dziś o te umowy o praktyki, bo za darmo tak tyrać to niepojęte. Gdyby nie te dwa dni wolne, to nawet nie nacieszyłabym się plażą i zwiedzaniem.
Muszę się wyspać, bo padnę jak mucha i się poddam. Nie mogę się poddać! 
Po prostu trzeba wypocząć! I do przodu! Dalej! 

Dzisiaj - piekło.
Jutro będzie lepiej. I hope so…

;-D Co mnie nie zabije – to wzmocni. Przyjadę z mięśniami niczym Pudzian.
TO BE CONTINUED…