Drugi tydzień na Malcie - dyszka za mną :-)



Liczę właśnie pierwsze w życiu napiwki. Niby grosze, ale cieszą jakby to była jakaś fortuna. Wbrew swojemu skąpstwu, postanowiłam je marnotrawić wyłącznie na własne przyjemności. Napiwki przeznaczam na hedonistyczne ciągotki. Z pewnością będą to jakieś lody, lokalny napój Kinnie (który muszę spróbować), wstęp na jakąś wystawę, może bilet do kina (bo mam pod nosem).

 Tak postanowiłam – koniec i KROPKA.


Dziś przegląd klientów – gości hotelowych. Spotkałam kilka typów. Kilka słów o nich.
Niektórzy dzielą klientów na tych, którzy dają napiwki i którzy ich nie uznają. Powiem szczerze, że to nie do końca podział, który mnie osobiście przekonuje. Jak to mówią: „Pieniądze to nie wszystko”.

Napiwki dają klienci zadowoleni z mojej obsługi. Niektórzy otwarcie mnie chwalą. Śmieją się, że pracuję całe dnie i że jestem po prostu wszędzie. To zwykle faceci w średnim wieku i starsi, którzy (tak czuję) muszą mieć niezły ubaw, że jakieś dziewczę nalewa im „shota” czy serwuje "Love on the beach" z coraz większą wprawą (nie chwaląc się :P).
Komicznie musi wyglądać moje podźwignięcie beczki z piwem czy wystawanie ledwie zza baru w Molly Pub. 

Napiwki daje też grupa bogatszych klientów, którzy jednak dają „z przymusu” – bo wypada, bo tak to się przyjęło. Nie lubię takich napiwków – są, bo są, ale z chęcią bym ich nie przyjęła. Dawane z łaski, często w atmosferze ignorancji na zasadzie „masz i się odczep”. 

Większość jednak nie daje żadnych napiwków. Nie znaczy to, że to klienci w jakiś sposób mniej przyjemni w obsłudze. Wręcz przeciwnie!

Uwielbiam obsługiwać osoby uśmiechnięte, które szanują moją pracę. Kiedy nie dosłyszę, powtórzą cierpliwie, co zamawiają. Często zagadują, pytają o coś (np. Jak mi się podoba na Malcie? Skąd jestem? itp.). Wczoraj miałam przyjemność poznać cudowną włoską rodzinkę, po prostu kocham ich, a oni stwierdzili, że mnie adoptują . Od niektórych ludzi bije wręcz ciepło, optymizm i aż chce się pracować. To moja ulubiona grupka.

Jest i grupa, która traktuje obsługę (czyli mnie) „mechanicznie”. Zamawia, nie uśmiechnie się, nie podziękuje (bo skoro zapłaciła, to uważa, że uprzejmość jest wliczona w cenę i nie trzeba dodatkowo się wysilać). Ta część osób traktuje obsługę jako konieczność i zarazem jak „powietrze” – jako pośrednika między tym, co ktoś chce otrzymać, a tym, jaką regułkę wyrecytować, by mu to zaserwowano.

Jest i grupa dzieci. Należy pamiętać, że „za nią” stoją rodzice, którzy bacznie obserwują, jak ich pociechy są traktowane. Tu trzeba ostrożnie. Najlepiej „zabajerować”, nakładać duże porcje lodów mówiąc, że to „specjalnie dla ciebie”, uśmiechać się szczerze (dzieci wyczuwają nieszczery uśmiech, jakby miały wszczepiony czujnik pod skórą). Lubię dzieci jako klientów – nie są specjalnie wymagające, zamawiają to samo, nie kręcą nosem, cieszą się i… ponoć mnie lubią. Wiadomo – kwestia podejścia. 

Są także klienci zaliczani przeze mnie do grupy najwyższego cwaniactwa. Jak już mówiłam, grupa all inclusive z niebieskim/pomarańczowym paskiem na nadgarstku ma napoje do posiłku za darmo (bardzo muszę tego pilnować i zmagać się z tymi, którzy nie mają pasków tłumacząc, że oni muszą za picie płacić). Oczywiście część osób stara się wykorzystać to, że obsługujemy setki ludzi i nie zawsze wyłapiemy w natłoku klientów, czy ktoś ma pasek, czy nie. Po kilka razy podchodzą, recytują normalne zamówienie licząc na to, że im się uda. NIE ZE MNĄ TE NUMERY! Zwracam na to uwagę i wnerwia mnie chęć oszustwa. Sępstwo – czyste sępstwo i nic poza tym. 

Bywają i klienci podrywacze. Albo zaczepiają w niegroźnym stylu „macho”, czarując i siląc się na tanie komplementy („gadka szmatka”), albo są to totalne buraki, które mają rozbudowane ego i rzucają tekstem w stylu „kochanie” (darlin’,sweety). Nie trawię typów, ale mimo wszystko muszę się uśmiechać i udawać, że męski „czar” działa (masakra!). 

Są także chamscy klienci, którzy po prostu szukają okazji, aby się wyżyć na kimś, a obsługa jest bardzo dobrym celem ku temu. Każde chamstwo, to przejaw agresji. Wyróżnia się trzy rodzaje rozładowania agresji (co wiem z książek psychologicznych, bo lubię poczytać):
1) Autoagresja – po prostu wyładowujemy napięcie „na sobie”;
2) Agresja względem czynnika, który ten stan spowodował (czyli względem źródła agresji) - na przykład: wkurza nas sąsiad, który o pierwszej w nocy ćwiczy sobie grę na flecie, więc wrzeszczymy na sąsiada;
3) Agresja względem „kozła ofiarnego” – czyli wyżywamy się na kim popadnie (opierając się na przykładzie wyżej: nie wrzeszczymy na sąsiada, ale na swoją siostrę czy sprzedawczynię w warzywniaku… albo na Basi w barze :-P ).
Równie nieciekawa w obsłudze okazuje się grupa „dziwaków” lub (jak kto woli) ekscentryków. Łączy się to albo z „czepialstwem”, albo „własnymi natręctwami”.
Już tłumaczę.
Podchodzi klient i woła (podkreślam: WOŁA, a nie PROSI) o wodę. Kiedy zaczynam nalewać, pyta: „Jaka to woda?” Na początku zdębiałam, jak usłyszałam to pytanie, ale klient dopytywał o stopień mineralizacji i inne pierdoły. Był ze mną na zmianie Robert (świetny gość i jajcarz niewiarygodny!) więc odpowiedział natrętowi, że: „TO BARDZO DOBRA WODA :)”. Gościa to jednak nie uspokoiło i nie usatysfakcjonowało, więc poprosił o kostki lodu do wody.
***[Bogu dzięki, lód kupujemy w workach (jak ziemniaki :-P), więc nie muszę sama go produkować, pozostaje mi tylko przytargać go z magazynu przed pracą, co wzbudza litość gości hotelowych, którzy widzą jak dzielnie kroczę z tym ciężarem. ]
Wracając do dziwaka, który prosił o kostki lodu do swojej „DOBREJ WODY” – pyta mnie: „Czy te kostki wody są robione z wody z kranu (*tap water -  kranówka)”. Powstrzymałam śmiech i z twarzą pokerzysty odrzekłam: „Oczywiście, że nie. Tu nie można spożywać wody z kranu. Kostki lodu kupujemy od producenta ze sklepu."
Niezbyt zadowolony, że nie uzyskał bardziej wnikliwych informacji (na przykład od jakiego producenta i ile kostek ludu jest w worku :-P), odszedł zajadać kolację.
To i tak tylko delikatny przykładzik, z jakimi dziwactwami mam do czynienia.

KOJARZYCIE FILM „DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY”? Uwielbiam go. Na Polsacie emitowany kilka razy w roku – mi tam się nie nudzi. Pamiętacie ten popłoch, kiedy szefowa wpadała niespodziewanie do firmy? Wszyscy wręcz stawali na rzęsach, by nie podpaść. Tak też było wczoraj u nas w hotelu. Wszędzie tylko szepty: „SZEF-SZEFÓW przyjechał. Szef idzie! Szef nadchodzi!”. Oczywiście wszystko w atmosferze pucowania, szorowania, czyszczenia, uśmiechu naklejonego na zestresowanych buźkach i paniki sięgającej zenitu. Na początku udzielił mi się lekki niepokój, ale potem pomyślałam sobie – CO MNIE TO OBCHODZI? NIBY CZYM SIĘ PRZEJMOWAĆ? Ja  robię, co mogę. Staram się tak, że bardziej nie można. Sprzątam i uwijam się za co najmniej sześciu pracowników, więc… co więcej mam począć? Ja tu jestem tylko marnym praktykantem, a oberwie jak zwykle „góra”.
Zatem… NOŁ STRESS BARBRA :-P Luzik w kołnierzyku i robię swoje.
Po takiej wizytacji, wszyscy mają nietęgie miny (szczególnie recepcja i szefostwo), ale obyło się bez ofiar śmiertelnych i zawałów.
Ja z dumą donoszę, że po 23 latach życia zaczynam nabierać dystansu do wszystkiego.
Lepiej późno, niż wcale.
Co do tego zdrowego dystansu – hotelowe życie obsługi rządzi się pewnymi prawami, które zaczynam poznawać. Niby logiczne, ale dopiero po tej mojej aklimatyzacji tygodniowej, zaczynam łapać, w czym rzecz.
Zasada pierwsza: warto wiedzieć, z kim trzymać. Dobre układy (z kim trzeba) to podstawa.
Wedle przepisów, ja mogę na przykład za darmo pić sobie napoje w pracy (wiadomo, że alkohol odpada, co mnie nie martwi i specjalnie nie obchodzi). Ale na przykład pracownicy kuchenni, sprzątający, konserwatorzy i inni – NIE. Mogę im tylko podać wodę w małym plastikowym kubeczku. ŻAŁOSNE.
Oczywiście, że jesteśmy zespołem i nikt tak nie robi! Oficjalnie nie można podać coli czy kawy, ale wiadomo, że podaję każdej spragnionej duszyczce (upewniając się, że nie ma świadków).
Co dzięki temu zyskuję?
1) Sympatię wszystkich pracowników.
2) Najlepsze kąski z kuchni i to poza gigantyczną kolejką.
3) Przyjemną atmosferę wzajemnej pomocy.
4) Cudowne znajomości z pracowitymi i miłymi ludźmi.
5) Akceptację i to, że mogę na każdą z osób liczyć w trudnej sytuacji.
To zasada PODSTAWOWA. Absolutny numer jeden, który sprawdza się o każdej porze dnia i nocy oraz PROCENTUJE. Kiedyś miałabym moralnego kaca, że „nie przestrzegam zasad” i mogę podpaść szefostwu. Dziś – mam to po prostu w nosie. Tak trzeba i już. Zasady są ważne, ale durne reguły (jestem za tym) należy naginać i omijać, jeśli są sprzeczne z dobrem ogółu, zasadami logiki i moim zdrowym rozsądkiem.

Zasada druga: nie daj się wykorzystywać! Tego to będę pilnować! Całe życie żerowano na mojej pracowitości i nie dam się tym razem! Nie ma szans! Jestem już wystarczająco silna, by odeprzeć atak „krwiopijców”. Praca z Maltańczykiem doprowadza mnie do szału. Kiedy jest natłok gości i powinniśmy pracować oboje, ten leń śmierdzący znika sobie na pół godziny, a ja muszę sama ogarnąć setkę spragnionych klientów jedną ręką, a drugą zmywać 30 kieliszków po winie.
To mnie dobija – mamy 30 kieliszków, a na kolacji codziennie około 300 osób. 
Pomyślicie: powinnam poskarżyć się managerowi. Niby tak, ale:
1) nie chcę konfliktów, bo Maltańczyk pracuje tu długo i niestety w wielu sprawach się orientuje, więc skazałabym się na radzenie sobie w awaryjnych sytuacjach sama (czyli „nie-radzenie sobie);
2) manager wie o takich jego zagrywkach, ale Maltańczyk wykorzystuje to, że jestem dziewczyną i mówi, że albo on pójdzie po piwo (i znika na długo), albo droga wolna – mogę sobie iść sama, bo tak czy siak – piwo trzeba przynieść.
SYTUACJA WYDAJE SIĘ BEZ WYJŚCIA? Nie dla Basi.
Wymyśliłam, że po prostu poproszę managera, że nie chcę mieć z zmian z Liamem (Maltańczykiem) oraz że podoba mi się praca w barze przy basenie mojego hotelu Santa Maria i żeby "pod to" układał mój grafik. Nie chcę pracować ani z Liamem, ani w barze w San Anton, gdzie jest ciasno, śmierdząco i wszystko, co możliwe do popsucia – zostało zepsute… zgadnijcie przez kogo – PRZEZ LIAMA! Oczywiście jeszcze przed moim przyjazdem, więc spoko – nie będzie zwalania winy na innych.

Zasady będą aktualizowane.

Najważniejsze rzeczy poznaję, pojmuję i powoli wprawiam się w sztuce barmańskiej.
Wczoraj był kolejny trening w pubie do północy. Tam to jest konkretny przerób – w ciągu wieczora rozlewamy morze wódki, piwa, brandy i whisky i ginu… to w sumie jest najpopularniejsze.
No i jeszcze Irish Cream (kremowy likier) z lodem lub kawą. Mogę też zdradzić przepisy na drinki, jeśli ktoś chce. A co mi tam – na razie trzy najpopularniejsze:
Sky Luke: grenadyna, sok z limonki, wódka, Sprite.
Pink Passion: grenadyna, sok z limonki, gin, Fanta;
Love on the beach:  Malibu (likier kokosowy-rum), wódka, Fanta i grenadyna.
Na wieczornej zmianie w pubie, jesteśmy zwykle w trzy/cztery osoby. Jednej tylko nie trawię, ale jestem spokojna, bo to specyficzny człowiek. Pochodzi z Węgier i taka też jego natura. Emocji pozytywnych – zero. Jak mu ktoś wchodzi w „przestrzeń” tzn. sferę prywatną, do wkurza się niesamowicie. Dlatego też, on nikogo nie lubi. Nie okazuje uczuć pozytywnych, wydaje się „zimny”. Niedostępny, zachowawczy, skryty. Denerwuje mnie jego ciągłe pouczanie i czepialstwo, ale to jego natura i zwraca uwagę nie tylko mnie, a wszystkim. Skoro tak – to nie mam się czym przejmować i szukać winy w sobie. Zacisnąć zębole i z uśmiechem podziękować za dobre węgierskie porady „DŻOZEFA” - nie wiem, jak się pisze jego imię (może Joseph?).

Dodam tylko, że skaczę ze szczęścia, bo jutro mam dzień wolny i zamierzam go spożytkować na plażing i smażing! Totalne lenistwo i błogość.
Miałam mieszane uczucia, co do mojej współlokatorki Magdy, bo – jak wspominałam – cenię sobie prywatność. Dzisiaj powiem otwarcie – Bóg zesłał mi Madzię. Dogadujemy się genialnie. Dokładnie wiedział, kogo przysłać mi na czas pobytu na Malcie, bym przetrwała i nie podłamała się. Magda mi pomaga – bardzo  - i to pod każdym względem. Do tego jest niesamowitą gadułą (co, o dziwo, nie męczy wcale) i przyjemnie z nią dzielić pokój. W życiu bym SIEBIE o to nie podejrzewała, ale jak widać – zmieniam się. I są to zmiany na lepsze – tak czuję.
Między innymi po to też przyjechałam.
Na zakończenie cudowny akcencik, który świadczy  o tym, że niektórzy klienci mnie lubią. I są to klienci, których ja również najbardziej cenię (tych z grupy UŚMIECHNIĘCI, choć nie koniecznie dający napiwki). Dzisiaj przyszła do mnie kobietka z przyjaciółką, które kupiły paczkę wielkich pięknych truskawek. Specjalnie przyniosły mi, aby mnie poczęstować!
Chyba czytają w moich pragnieniach, bo dziś tęskniłam za tym smakiem <3.


  • Mówiłam Wam – nic nie dzieje się przez przypadek. 
  • Nikt, kogo spotykamy na swej drodze, nie jest przypadkowy.
  •  „Wszystko ma swój sens i czas – dobre i złe. Co ma być nie ominie nas (…)”.

Słonecznie i upalnie Was pozdrawiam.
TO BE CONTINUED