Dzień 8. na Malcie. Zaczynam nowy tydzień!

Kryzys... wiedziałam, że kiedyś mnie jakiś tam dopadnie. Pełny tydzień minął, nadszedł czas małych podsumowań i tęsknot, które się rozbudziły (jak to przy każdym podsumowaniu).

Brakuje mi rodzinki, domu, smaków polskiego lata, wypraw z mamą nad jezioro, mojej twierdzy (czyli pokoju, o którym zawsze marzyłam i który dostałam w nowym domu tylko dzięki ciężkiej pracy rodziców).


Najpiękniejsze jest to, że dotychczas tęsknota mnie przytłaczała, a teraz - umiem sobie jakoś z tym wszystkim radzić. Byłam dla siebie kiedyś największym... wrogiem. Nie lubiłam siebie. To chyba było coś więcej niż brak sympatii - były momenty "samoznienawidzenia", samobiczowania i samoumartwiania. Wiele czasu straciłam, więc wiele też musiałam go poświęcić, by odbudować w sobie choć mikroskopijne poczucie wartości. Bardzo pomogły mi książki, Mama i jej psychologiczny talent oraz codzienna walka o lepsze życie.



Teraz, kiedy jestem dość daleko od tego, co kocham ponad wszystko, tworzę własne patenty, które pozwalają przeżyć w ciężkich chwilach.

1. Zdjęcia bliskich - coś, co podnosi na duchu i rozwesela. Wiem, że ktoś mnie kocha, czeka na mnie, czyta o moich przeżyciach. Po prostu - ktoś się mną interesuję. Czuję się potrzebna, a to dla mnie uczucie nadające życiu sens.


2.  Muzyka - warto stworzyć sobie różne playlisty. Dla mnie piosenki są czymś więcej - często niewiarygodnie wpływają na mój nastrój. Kiedy potrzebuję energii, słucham czegoś energetycznego. Kiedy smutno - potrzebuję rozweselaczy. Może być piosenka, z którą wiążą się jakieś miłe wspomnienia, wycieczki, osoby.

3.Sport - nic tak dobrze nie robi na... myśli w głowie (nie tylko na ciało i kondycję:-P ) jak wysiłek fizyczny w dowolnej postaci, która nas nie przytłacza. Nie musi to być katorga - wystarczy "lekki sport".

4. Ludzie, którzy są niezawodni i wiesz, że "nie wysysają energii". Uwielbiam osoby, które są jakby akumulatorami pozytywnego myślenia. Otaczam się nimi z chęcią, kiedy tylko mogę. Inni też to robią, dzięki czemu "te akumulatory" są tak rozchwytywane. [*Przykład, który mogą znać czytelnicy bloga: Smyku - nikomu nie muszę tłumaczyć :-P , albo moja bratanica Kasia <3].
"Nie da się na życie patrzeć bez emocji, przecież ona z serca rodzi się,
nie wierz samotności, droga którą idziesz, tylko pośród innych dróg ma sens."

5. Wiara - kiedy czuję się samotna, Bóg, modlitwa, Msza Święta dodaje sił, pomaga mi czuć, że nie jestem sama i "Ten na Górze" czuwa nade mną i nie da mi zginąć. Uratował mi życie już kilka razy. To takie piękne, że mojej wiary nic nie złamie - to w sumie nie jest wiara. To niezachwiana pewność, że Bóg lepiej ode mnie zaplanował moje życie, które determinują jednak moje wybory. Nie wstydzę się tego.

Przeraźliwie bałam się samotności, póki nie uświadomiłam sobie (dzięki ... <3), że tak naprawdę każdy jest sam. Jesteśmy sami "ze sobą" - to dlatego tak ważne, by się ze sobą zaprzyjaźnić. Na moim notesie wydrukowano piękną myśl, która kiedyś jeszcze mnie denerwowała. Samotność kojarzyła mi się z największą karą i nieszczęściem. Jednak wiele zmieniło się od tamtego czasu i teraz w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem:
"Samotność jest piękna, kiedy jesteś w zgodzie z samym sobą".

Taka prawda. Choć mi niestety dużo czasu zajęło, by pojąć to i owo.

 6. Nareszcie doszedł MALTAŃSKI SPOSÓB. :-) Kiedy tylko czuję, że myślenie zbacza na niewłaściwe tory [czytaj: "Boże, jak ja tu wytrzymam do połowy września! Tęsknię!], to wdrażam procedurę awaryjną. Pakuję się w moją torebkę (zakupioną nad morzem za fortunę, czyli złotówkę!) i pędzę na spacer w moje (póki co) ulubione miejsce, czyli Bugibba Square. Skąpana w słońcu promenada, rozgrzane ławeczki, uśmiechnięci ludzie i widoki, których mi nikt nie odbierze (Boże, jak tu jest PIĘKNIE!!!) - nie ma opcji, by humor się nie poprawił i z głowy nie wywietrzały głupoty.
Biorąc pod uwagę, że spacer jest zdrowy, darmowy, a dojście na plac zajmuje mi jakieś 10 minut, to SKACZĘ Z RADOŚCI, że znalazłam tak ekonomiczny, szybki i (jak na razie) niezawodny sposób na "tęsknotowy kryzys".




 7. Pisanie bloga - nie chcę się powtarzać, ale wiecie, że kocham pisać. Codzienna porcja newsów z innego świata dla Was to moja mała misja. Kiedy zaś jeszcze dostaję wiadomości i komentarze, że lubicie mnie odwiedzić i popatrzeć na zdjęcia czy też w pełni rozumiecie, o czym piszę, to serce rośnie. Wzruszam się, nabieram sił, a dusza - barw, sensu, spełnienia i zadowolenia. Nic dodać, nic ująć. Stąd decyzja o kontynuacji opisu moich przygód na Malcie.

8. Plany kolejnych wojaży. Będąc tu, wiem, że chcę kontynuować podróżowanie po świecie. To jest to, co kocham. Wiadomo, że marzę o tym (nie będę ukrywać), by spotkać na swojej drodze podobną duszę odkrywcy i kompana wypraw, ale nie jestem zdesperowana, bo podróżowanie w pojedynkę ma wiele plusów (niebawem o nich napiszę:-). Niektórzy piszą, że mi zazdroszczą. Powiedzmy sobie szczerze - podróżowanie po świecie jeszcze nigdy nie było tak proste, jak teraz! Bilety lotnicze - można znaleźć w śmiesznych cenach. Język? Nie jest niezbędny. Wiadomo - pomaga, ale uwierzcie mi, bez niego świetnie dacie radę.
PRZYKŁAD: Wczoraj na kolacji (zwanej tu DINNER - czyli obiadem -> naleciałości brytyjskie:-), mieliśmy konkretny nawał pracy. Przyjechało do hotelu chyba z trylion Włochów, którzy ni w ząb nie mówili po angielsku. Miałam akurat zmianę,, więc musiałam serwować napoje do posiłku. To tylko wydaje się takie proste, uwierzcie - że nie jest!
- większość sprzętu pamięta chyba czasy kamienia łupanego, wszystko się psuje lub jest zepsute, więc trzeba kombinować i główkować cały czas,
- nie ma czystych naczyń, więc serwujemy częściowo w plastikowych kubkach, częściowo zaś w zasyfionych szklankach, których nie idzie doszorować (nie wspomnę, że już tydzień błagam o zakup ścierek i gąbek do zmywania) - I TO JA MUSZĘ SIĘ WSTYDZIĆ PRZED KLIENTEM, ŻE PODAJĘ czerwone wino w plastikowym kubeczku wielkości naparstka...
- muszę śledzić i pytać, który gość nie płaci, bo ma "blue band" (czyli niebieski pasek na nadgarstku, który mówi, że gość wykupił "all inclusive" i ma napoje do posiłku za darmo); pozostali zaś muszą płacić za napoje - za darmo mogę im ewentualnie zaserwować wodę,
- Włosi za cholerę nie rozumieją, że skoro nie mają "all inclusive", to płacą za napoje; zamiast "one beer, please", słyszę tylko "uno/duo" i jakieś tam włoskie słówka - dogadać się nie idzie, a najśmieszniejsze jest to, że denerwują się strasznie, że nie są rozumiani! :-) Komedia. Nie poczuwają się, że powinni coś tam kumać po angielsku, skoro chcą coś zamówić na Malcie (przypominam: język urzędowy to angielski i maltański), tylko wkurzeni wyżywają się na obsłudze, że - JAK TO, NIE SĄ ROZUMIANI? :-D
Przywykłam już.
Tak jak do tego, że Brytole (często) podchodzą do mnie lekceważąco. Seplenią coś z tym swoim akcentem: "łopeinofbee" i weź się domyśl, człeku, że chodzi o "one pint of beer" , czyli duże piwo :-P
Kiedy są trzeźwi, jakoś tam idzie ich dopytać i sobie poradzić, ale kiedy mam zmianę do 24 w pubie, to są mocno wstawieni i bardzo zdziwieni, że muszą powtórzyć zamówienie i jakaś tam obsługa nie rozumie "prawdziwego angielskiego". Niektórzy Brytole są paskudni - sorry, ale ich poczucie wyższości jest irytujące.

Zatem - wcale nie chodzi o bariery językowe, brak kasy i czasu - jak chcecie podróżować to pakujecie szczoteczkę do zębów, kupujecie bilet i... "w drogę". Ograniczenia istnieją tylko w naszych głowach, bo sami je wytwarzamy (czemu? o tym też napiszę niebawem, bo dzięki książkom i studiowaniu, doszłam do tego, w czym rzecz). Jeśli się zdecydujecie, że chcecie gdzieś jechać - nie odkładajcie tego na wieczne nigdy. Przyszłość niepewna. DO IT NOW!
A jeśli wymówek jest więcej niż chęci, to znaczy tylko, że jest Wam dobrze tam, gdzie jesteście i z chęcią byście pojechali, ale to pragnienie nie jest znowu aż takie duże.
Mój głód podróżowania przekracza wszelkie granice :-D

Wczoraj był pierwszy dzień pracy z Magdą. Jesteśmy zgranym duetem. Pomagam jej tak samo, jak ludzie tu pomagali mi (i nadal pomagają). Powtarzam - ludzie są genialni! Bez tego, zwariowałabym tutaj.
Zołza,  o której pisałam w ramach moich przemyśleń o chamstwie (jak się okazało), nie jest zołzą tylko dla mnie, ale dla wszystkich. To mnie bardzo uspokoiło i dzięki temu wiem, że NIE WE MNIE TKWI PROBLEM,  tylko w niej. Niektórzy ludzie, nie radząc sobie ze sobą, wyładowują złość na innych - tak było, jest i będzie. Skoro nie mam na to wpływu, to po co zaprzątać sobie tym głowę? :-)

Wieczorem miałam zmianę na barze. Ze względu na rozpoczęcie sezonu i napływ turystów, w pubie wszystko muszą ogarnąć cztery osoby. Ja, Magda, cudowny wesoły Włoch i Włoszka Monica (czytaj koniecznie z akcentem na pierwsza sylabę MOni(k)a". :-) Było bardzo przyjemnie, choć zasuw nie z tej ziemi. :-)
Na koniec marzyłam o kąpieli, bo kleiłam się od grenadyny, ale oczywiście w łazience spaliło się światło. Bosko. Kąpałam się po ciemku, czemu zawdzięczam wielkiego guza od prysznica, poparzenie wodą i zepsucie "gałki" od zimnej wody.
Genialnie.
Mimo wszystko, nie tracę humoru i lecę na śniadanko.
Nie mogę się doczekać, kiedy założę moją nową sukienkę - w sam raz na wypad po klubach z dziewuchami <3

Ciąg dalszy nastąpi :-D