Kończę swój pierwszy tydzień! MALTA - 7.dzień



Dwa dni temu obiecałam Mamusi opowiedzieć o mojej piątkowej pracy. Jest jest to opowieść „z przesłaniem”, a ściślej – z morałem. Manager przydzielił mi „do pomocy” Liama. To chłopak, który pracuje tu od dawna, ale kilka dni był chory (tak przynajmniej twierdzi, w co szczerze wątpię – zobaczycie dlaczego :-P ).

Jeśli na przykład bar otwieram o 10, to o 9:30 muszę się uwijać z przygotowaniami absolutnie wszystkiego. Od pobrania z recepcji tzw. FLOAT (czyli koperta z kluczami i 50 Euro do wydawania klientom reszty), po przygotowanie wszystkich alkoholi, naczyń, naprawę i sprawdzenie urządzeń, zasilania, sprzętu, pomp, beczek z piwskiem i...
łupanie lodu do drinków (co wygląda komicznie, kiedy próbuję rozłupać górę lodową na „kostki” rzucając workiem o przedpotopową zamrażarkę)… roboty sporo, ale idzie przywyknąć i zawsze o wszystkim pamiętam. Pamięć to akurat mam dobrą, nie ma co.

Kiedy tak w piątek wszystko sobie cudownie przygotowałam, blaty lśniły czystością, nagle zjawił się… ON. Liam. Huragan, tornado i leń śmierdzący w jednym. Miał niby mi pomóc, a po 3 minutach modliłam się, by manager go oddelegował. Dzięki Bogu Liam (czytaj: LIAM) wychodził „coś załatwić” co 3 minuty, a jak już przychodził, to robił więcej bajzlu niż pożytku. Kiedy zjawił się Lee (czytaj: Li) [Brytyjczyk, cudowny, kochany manager-opiekun w jednej osobie], wzięłam go „na stronę” i zbyt wiele nie musiałam się napocić i tłumaczyć po angielsku, bo Lee od razu wiedział, w czym rzecz. Dzięki Ci, PANIE! Liam został oddelegowany z dala ode mnie. 

Kiedy pracuję, od razu po sobie sprzątam, by na koniec dnia nie mieć zbyt wiele do ogarnięcia – logiczne. Jak się okazuje – nie dla wszystkich. Liam to Maltańczyk, dowiedziałam się, że lenistwo wpisane jest w naturę tej narodowości. Może nie tyle czyste lenistwo, co „zwis” totalny. Kiedy następuje zderzenie perfekcjonistki ze „zwisowatym”, możecie tylko sobie wyobrazić tę eksplozję przeciwieństw. Całe szczęście pięknie ogarnęłam sama cały dzień, obaliłam 3 beczki piwa, wymyśliłam nowe drinki (między innymi: karaibski :P Malibu, vodka, Grenadine, pineapple juice and ice).  Miałam największy utarg i satysfakcję, że uwijam się coraz szybciej i goście mnie rozpoznają kłaniając się w pas z uśmiechem.

Wszystko jest kwestią podejścia! Już wyjaśniam. Kiedy jestem w Polsce, to szlag mnie trafia, jak obsługa podchodzi do klienta/petenta. Kiedy kupuję bilet na pociąg, to nie spotkałam jeszcze kogoś, kto by powiedział: „Dzień dobry”, zaszczycił mnie lekkim uśmiechem i ewentualną wyrozumiałością. Zamiast tego – co mamy? Jakąś wieczną frustrację w okienku i pretensje, jakbym była winna, że ktoś musi tam siedzieć i łaskawie dać mi ten bilet. 
Brakuje tylko: „A ty tu czego?” – zamiast – „W czym mogę pomóc”? 
Nigdy tego nie rozumiałam i nie zrozumiem! Zawsze sobie przysięgałam, że kiedy będę pracować obsługując ludzi, to będę dla nich… CZŁOWIEKIEM!
I tak też czynię. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy – i wiecie co jest najfajniejsze?! Ten uśmiech wraca! 
Jak ja do ludzi z sercem, to oni też do mnie z sercem. 
Ja z radością? Oni też z radością. 
Nie żałuję, nie skąpię, nie zrzędzę, zabawiam dzieciaki, nakładam im jak największe gałki lodów 
– w końcu tez byłam dzieckiem! 
Pomyślałam, że nudno tak przy basenie bez muzyki, no to przynoszę do pracy telefon i puszczam wakacyjne hity. Mi nie jest nudno, a gościom przyjemniej. Podając drinki podryguję w rytmach Boba Marley’a czy Maroon 5 i wszystkim od razu weselej. 
Grunt to podejście do człowieka, który nie jest tylko domagającym się czegoś klientem. 
To ktoś, komu miło jest być obsłużonym przez miłą osobę.

Jeśli chcemy, by coś się zmieniło na świecie – zacznijmy od siebie. Prosta zasada. Uwielbiam cytat ‘Be the change you want to see in this world’ [w wolnym tłumaczeniu: Bądź zmianą, którą chcesz ujrzeć na tym świecie]. Mahatma Gandhi jest wielki <3


No to teraz O INNYCH ZMIANACH. O 360 stopni! Uwaga! Mam od soboty (od wczoraj) współlokatorkę Magdę z Polski. Wyjechała przez tą samą agencję, co ja (z tą różnicą, że ją odebrano z lotniska...) . Zaskoczenie totalne, bo miałam pokój sama, a tu przyszło mi nagle dzielić z obcą osobą. To dla mnie wielkie przeżycie z wielu powodów.
1. W domu mam własny pokój – moją twierdzę,  którym nie muszę się dzielić.
2. Cenię sobie prywatność ponad wiele innych przywilejów  i wygód.
3. Lubię pobyć sama.
4. Będą kłopoty, bo mamy jeden klucz (póki co, ale będziemy walczyć z recepcją :) !).
5. Nie przespaceruję się już nago od łóżka do prysznica.
6. Trzeba będzie pogodzić moje wstawanie o 5-6 rano z jej wstawaniem w południe.
7. Boję się, że będziemy miały siebie czasem dość, bo ponoć grafik będzie ustalany tak, byśmy miały zmiany razem…

Zaczęłam jednak z nią gadać i od razu złapałyśmy wspólny język (dosłownie i w przenośni 
;). Nadajemy na podobnych falach. Podobne motywacje, co do wyjazdu, podobne zainteresowania, podobne podejście i spojrzenie na kilka ważnych kwestii. A zatem, może nie będzie tak źle?

MAGDA. Skończyła właśnie filologię angielską, więc od razu obiecała mi pomóc i codziennie mnie ćwiczyć i uczyć! R E W E L A C J A ! Widzicie?! Nic nie dzieje się przez przypadek. Na drodze naszego życia stają nieprzypadkowe osoby w tym, a nie innym konkretnym momencie życia! <3 
To takie niewiarygodne. 
Moje życie jest niezwykłe. Same Karaiby to przecież coś, co nie przytrafia się każdemu. 
To spełnienie marzeń, którego niektórzy nigdy nie zaznają! To, że mogłam przyjechać na Maltę jest także genialne, bo nie każdy ma taką możliwość (finanse/ sytuacja rodzinna/ zdrowie/ język/ osobowość). 
Nie dostrzegałam, jakie moje życie jest piękne. Nie będę ukrywać - sądzę, że miałam depresję.
Nie musiałam jeździć po lekarzach, by to wiedzieć. To przecież się czuje. Kiedy nie chce się nawet wstać z łóżka i absolutnie nic nie cieszy. Nie widzi się żadnych perspektyw i żadnego sensu nawet najdrobniejszej wykonywanej czynności. Nawet ubierać ci się nie chce, bo po co? Wiedziałam tylko jedno, że jeżeli ja sama sobie z tym nie poradzę ( ZE SOBĄ), to nikt tego nie zrobi. Powiem krótko. Wyjście z tego bagna zawdzięczam sobie i mojej Mamie. Tyle w temacie.

La vita è bella! :-D 
Wschód słońca w Międzywodziu - majówka 2015.


To teraz to, na co czekałaś, Mamuś. No i kilka cudownych moich czytelników, którzy pisali do mnie i wspierają mnie caaaały czas. Dzięki każdemu z osobna, kto napisał do mnie prywatną wiadomość. Aż mi serce tańczy z radości, że kogoś obchodzi, co się ze mną tu dzieje. Bez tego byłoby ciężko. 

Dlatego piszę i nie porzucę moich relacji, bo to pozwala mi oderwać się od tęsknoty i mieć poczucie jakiejś codziennej małej misji – chociażby zrelacjonowania Wam, jak tu się żyje. Bez ściemy i otwarcie mówiąc o swoich uczuciach.
Przedsmak relacji - plac przy promenadzie (jakieś 15 min ode mnie)

Do rzeczy. Postanowiłam uczcić dzień święty, czyli niedzielę i wstawić osobny wpis wieczorem – fotorelację z mojego pierwszego podboju Malty – spoko, póki co tylko okolic. Mnóstwo zdjęć z podpisami i przeżyciami. Mam takie życzenie, byście zamiast włączać w niedzielę ten durnowaty telewizor z wakacyjnymi powtórkami – odpalili kompa i pooglądali NIESAMOWITY kawałeczek innego świata. 

Niebawem lecę na Mszę do Kościoła. O 13 zaczynam zmianę w restauracji, potem od 15 mam przerwę, więc zjem coś na szybko i Skajpej z Mamusią. O 18 zaczynam pracę do północy. Wszystko wskazuje na to, że moja relacja pojawi się zatem po 17 na blogu.


Zapraszam serdecznie!
Wszelkie pytania i wiadomości prywatne – mile widziane. 

Mam chwile tęsknoty, ale… to normalka. 
Jak to Mama mówi, po powrocie docenię słodycz naszego domku…
Home, sweet home.
 
"Na Cinala". Tęsknotki.
PS Buciku drogi! Ponawiam fanfary zachwytu nad moim laptopo-tabletem. Powinieneś pracować jako doradca do spraw sprzętu elektronicznego i zarabiać miliony. Znawca kochany! Odpukać, mój ASUS sprawuje się jak mój aparat Nikuś (niezawodnie!). Wojtek Bucikiewicz –szacuneczek Mistrzu.