Wolna sobota! Free! Dzień 6.




Sobota. Ależ to smakuje, kiedy się haruje! Właśnie tego mi było trzeba. Nie jakiejś kolejnej „ambitnej” praktyki za darmo za biurkiem. 

Widok z "mojego baru" :-) Tu najczęściej pracuję - przy basenie.
Nie marzyłam o kolejnym wakacyjnym stażu – ludzie, ileż można?! Kiedy sfrustrowana siedzę przed kompem, oczy wysiadają od monitora, a kręgosłup wbija się w krzesło – myślę tylko: PO CO MI TO? Niby czemu mam odwalać za kogoś czarną robotę?! W imię czego? Na poczet „wielkiego doświadczenia” w CV?   Nie rozśmieszajcie mnie.
Wszystkie moje próby odnalezienia siebie potwierdziły coś bardzo ważnego. 

Kluczem do spełnienia w życiu zawodowym jest odkryć to, co tak naprawdę chce się robić. 
Jak się wie, to już połowa sukcesu. 
Kolejna część, to znalezienie w sobie odwagi, by zacząć to robić (cokolwiek to jest). 
Równie ważne jest też to, by spiąć tyłek i robić to z sercem – najlepiej jak tylko się da. 

No i pozostały już tylko dwie kwestie.
1.      Jak znaleźć to, co się chce robić? Skąd niby mamy się tego dowiedzieć?
2.       Czy to, co chcemy robić, ma jakąś przyszłość (czytaj: czy da się z tego wyżyć na poziomie, który nas satysfakcjonuje?

Co do pierwszego – mogę podzielić się swoją metodą. Najlepsza dla mnie opcja, to METODA PRÓB i BŁĘDÓW oraz ELIMINACJI. [Jak to mówił mój ulubiony nauczyciel fizyki] – „Proste jak budowa cepa.” Próbowałam wielu rzeczy. Staży, praktyk, pracy za granicą. Wszystko, czego człowiek próbuje, pomaga pozbyć się złudzeń. Dowiedziałam się o sobie, że:
- wolę mieszkać pod mostem, niżeli dać się przykuć do biurka i komputerka w jakimś mundurku w korpo i stukać w klawiaturę robiąc „na kogoś”,
- nie mogę mieć typowo siedzącej pracy, bo zwyczajnie wariuję; moje ciało więdnie, a dusza wyje z rozpaczy; szamoczę się jak jakiś przykurczony zwierzak w klatce – to nie dla mnie; ruch jest wpisany w moją naturę,
- nie znoszę pomiatania mną, traktowania jak służącą i płaszczenia się przed szefostwem,
- jeśli robisz cokolwiek z pasją, tym chętniej się w tym doskonalisz, tym chętniej się w tym kierunku rozwijasz; nauki nie traktujesz jako pracy, więc działasz częściej i nieświadomie dążysz do mistrzostwa.

O czym marzę? Ażeby pewnego dnia obudzić się i skakać z radości, że… NIE MUSZĘ CHODZIĆ DO PRACY! ŻE PASJA stała się PRACĄ. Kto  o tym nie marzy?
Mam pewne plany związane z dalszą pracą, ale zobaczymy, co z tego wyniknie. Jestem pewna, że pracę pragnę połączyć z podróżowaniem. 
Póki co, przyjechałam na Maltę z kilku powodów:
1.       Przeżyć COŚ innego – ciekawą przygodę, nowe doświadczenie.
2.       Pokonać barierę językową (kiedy sytuacja zmusza, po prostu MUSISZ GADAĆ).
3.       Spróbować swoich sił w całkiem nowej roli – zwyczajnie się sprawdzić, czy w takiej normalnej pracy dam sobie radę. Nie będę czarować – nigdy dotąd nie poznałam takiej zmianowej roboty. Podczas gdy znajomi zasuwali na studiach w KFC, ja uczyłam się, zgarniałam stypendia i odkładałam na takie wyjazdy jak ten. Gryzło mnie niesamowicie, że nie pracuję jak inni. Chciałam spróbować czegokolwiek – no więc… Here I am :-]
4.       Poznać nowych ludzi.
5.       Pozwiedzać i odkryć kolejne miejsce na ziemi.
6.       Dać odpocząć od siebie rodzicom.
7.       Przywieźć pakiet wspomnień na całe życie.
8.       Spędzić wakacje inaczej – nietypowo, niebanalnie.
9.       Sprawdzić siebie – czy poradzę sobie w trudnych sytuacjach i czy jestem gotowa faktycznie podbijać świat :-D (nawet w pojedynkę).
10.   Aż wreszcie – oderwać się od tego, co złe, co mnie przytłacza. Nabrać nowych sił, zobaczyć wszystko z całkiem innej perspektywy. Wbić sobie do głowy, że życie to nie tylko nauka. To tylko niewielki wycinek tego, co zowią życiem, a co u mnie stało się (NIESTETY) wszystkim. Trudno się do tego przyznać. Przed samą sobą i przed wszystkim. To jest złe. Nie dajcie się w tym wszystkim zatracić, tak jak to zrobiłam ja.

Co komu po tych stopniach? Co po średnich? Właściwie uwielbiam się uczyć, ale pogoń za stypendiami nieco gubi. Dlaczego? Bo prawda jest taka, że nasz polski system edukacji jest chyba najgorszym z możliwych. Oceny nie są odzwierciedleniem NICZEGO (a być niby powinny). Tyle, ile zdrowia straciłam (i zapewne lat życia ze stresu) – nie jest tego wszystkiego warte. Polska szkoła, to tak właściwie jedynie SZKOŁA ŻYCIA.
Tu nauczysz się, jak przetrwać, z kim opłaca się trzymać, jak kombinować, jak nie zwariować, jak rozpychać się łokciami i jak nieefektywna jest praca w grupie, kiedy jednostce zależy, a kiedy inni mają wszystko totalnie „tam, gdzie plecy się kończą”.

Kiedy na uczelni ktoś rzuca hasło: PRACA W GRUPIE – robi mi się niedobrze, przewraca w żołądku i już wiem, że czeka mnie kolejne użeranie.
Baśka zrobi, bo jej zależy.
Baśka myśli, że wie wszystko najlepiej, to niech się wykazuje.

Guzik prawda. 

Nigdy nie czuję się lepsza czy mądrzejsza – przeciwnie – moje myślenie zawsze biegnie w tę drugą stronę. Smutna prawda ma jednak proste oblicze. Większość ludzi uwielbia spychologię i ma instynkt wyzysku lepszy niż najgorszy pasożyt.

Jeśli ktoś mi wmawia, że praca grupowa ma mnóstwo plusów i jest wysoce efektywniejsza, to parskam śmiechem. Zgodzę się z tym – owszem – ale pod jednym tylko warunkiem: JEŚLI WSZYSTKIM CZŁONKOM GRUPY TAK SAMO ZALEŻY NA REZULTACIE PRACY I NA SUKCESIE.
1.       Warunek ten w przypadku prac szkolnych nigdy nie występuje. Zawsze znajdzie się jednostka, która ma to wszystko w nosie i doskonale wie, że innym zależy, czyli inni zrobią. 
 2.       Warunek ten może wystąpić w przypadku pracy zawodowej, kiedy grupie wspólnie zależy na zysku.

Wiem, że w szkołach dąży się do tego, by taka praca grupowa nauczyła funkcjonowania w społeczeństwie, zachowań wobec innych, umiejętności dogadania się, łagodzenia konfliktów, a nie tylko wykonania projektu.


Sama praca w grupie w szkole nie jest koszmarem. Najbardziej krzywdząca jest zwykle jej ocena. Jeśli oczywiście jest oceną ZBIOROWĄ, całej grupy, to nie mamy o czym rozmawiać. Jak można oceniać tak samo kogoś, kto zrobi wszystko za grupę tą samą miarką, co kompletnego ignoranta i pasożyta? Jeśli zaś nauczyciel nieco się wysili i podzieli ową pracę w grupie na części, za które jest odpowiedzialna konkretna osoba i oceni JEJ WKŁAD w zadanie – sprawa wygląda zdecydowanie inaczej, prawda?

Apel do nauczycieli i wykładowców – proszę, przemyślcie swoje zadania dla uczniów i studentów tak, by nie niszczyć ambicji uczniów/studentów, którym naprawdę ZALEŻY.

Przepraszam za ten nudny wstęp, ale zawsze chciałam o tym napisać. Zawsze pragnęłam zdemaskować te żałosne socjotechniczne przesłanie dotyczące zbawiennej roli pracy w zespole i braku zrozumienia jej idei.

Na „kiedy indziej” zostawię sobie jeszcze wywód dotyczący edukacji w szkole i „ZBIOROWEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI”, której nie trawię. Ale to cięższy kaliber, a my tu mamy pogadać o moim podboju Malty.

Dzień zaczęłam jak co dzień :P Czyli od treningu. Zdrowe śniadanie, przywdziewam wygodny strój, biorę Nikona, mapki z zaznaczonymi punktami, które mnie interesują, wodę na drogę, coś na ząb w razie spadku cukru i ruszam w nieznane. 

 Planem jest… brak planu. Spontan. Nie znam tutaj odległości między jednym miejsce a drugim, więc wszystko okaże się w drodze. Planuję wrócić po południu, bo nie mogę przepuścić okazji porozmawiania na Skajpeju z moją Kasiunią, która przyjechała do Babci Mariolki do Będargowa. To będzie ciężkie dla mnie przeżycie, bo usycham z tęsknoty na wiór. 

Na pewno jakieś plaże (nie wiem, czy dziś na Golden Bay starczy mi czasu, bo tam akurat koniecznie chciałabym przejść się pieszo, a to koło 10 km w jedną stronę), deptak/promenada i Bugibba Square, okoliczne Kościoły (w niedzielę idę koło 10-11 na jakąś mszę (* Malta to niesamowicie katolicki kraj – ponad 90 % Katolików). Poszukiwanie poczty, lokalnych wyrobów, pocztówek, pamiątek, niesamowitych widoków i zakątków. Moc zdjęć, uśmiechu i „zaczepianie” mieszkańców oraz targowanie się ze sprzedawcami (LUBIĘ TO). Jestem drodzy Państwo mistrzem w targowaniu w Polsce, powołując się na status studenta. (Polecam w Poznaniu – zawsze, ale to zawsze udawało mi się zyskać jakieś zniżki, rabaty czy gratisy :P ). Siła perswazji, ehehe.

Relacja będzie, nie ma sprawy.

Na koniec kilka zaskakujących rzeczy:
1.       Wcale nie jest za gorąco. Mało tego –wieczory są chłodne, a w ciągu dnia ostatnio wiało paskudnie. Także bez złudzeń, że skwar towarzyszy mi całą dobę.
2.       Niestety zamiast pająków, pełno tu wielkich obrzydliwych robali wyglądających jak karaluchy (chyba ta sama rodzina). Paskudne pancerze, straszliwe czułki/wąsy (?) i zasuwa to z prędkością światła :-O ! Nie znoszę. Zamykam balkon, by mi to nie wlazło na moje 4. piętro. Nie tyle chodzi o to, że w hotelu jest jakoś brudno, ale to po prostu taki specyficzny mikroklimat i miejsce, że gdyby nawet sprzątać tu co 10 minut, to i tak nie wytępi się tego dziadostwa.
3.       KOMARY. Przekleństwo. Pożarły mnie jak nie wiem co! Swędzi jak cholera! I nie myślcie, że to takie „polskie komarki”. Nasz rodzimy krwiopijca, przyczai się i przygotuje najpierw aparacik ssąco-kłujący. Następnie wyczeka moment i subtelnie podleci, by użreć w najmniej oczekiwanym momencie.  Tutaj komary tak nie działają. Lata to jak oszalałe i szamocze się dookoła, siada „w locie” – możesz się oganiać i wykonywać różne dziwne tańce-odganiańce, a on ma to totalnie gdzieś. Żre kiedy i gdzie popadnie, uczula i jest niezniszczalny jak terminator.  Muszę o tym poczytać – może to jakieś moskity czy inne szalone gadziny?! 
Tak czy inaczej – kiedy będziecie lecieć tanimi liniami lotniczymi z jedną podręczną walizką, to radzę uczyć się na moich błędach i przemyśleć pakowanie. Ja żałuję, że nie wzięłam jakiegoś OFF-a na komary czy innego środka.

4.       Sądziłam, że Polacy na wczasy jeżdżą głównie do Egiptu, Tunezji i Grecji. Nie zdajecie sobie sprawy, ile tu jest POLAKÓW! Co chwilę się na kogoś natknę. Czasem przyznaję się, że jestem w Polski, czasem nie. Zależy :-P Dumnie jednak oświadczam, że zaczynam łapać angielskie „wstawki”, które pozwalają na to, że ludzie myślą, że całkiem dobrze mówię po angielsku. To chyba nieźle, skoro jestem dopiero tydzień.

Komu w drogę, temu trampki.

Śmigam.
Do usłyszenia!