Silniejsza zaczynam tydzień trzeci (15.dzień na Malcie)



Dopadł mnie lekki kryzys fizyczny, ale pozytywne myślenie nie opuszcza. Nie daję mu zwiać. Spałam 8 godzin. W moim przypadku to bardzo dużo. Magda miała zmianę, kiedy kładłam się do łóżka. Powinna więc przyjść po północy. Budzę się rano, zaczynam szykować do pracy, a tu… puste łóżko – Madzi ani śladu!
Przestraszyłam się. Od razu milion koszmarnych myśli… Co się stało?! 
Zaczęłam tworzyć jakieś tragiczne scenariusze, ponieważ wczoraj w robocie miałam do czynienia z nowym napływem  chamstwa i prostactwa (przyjechali nowi goście hotelowi – wiek mniej więcej 17-18 lat – cel wakacji: picie na umór). Stwierdziłam, że coś się mogło dziać w pubie (noc – pijani goście awanturnicy, zaczepki, młoda ładna dziewczyna za barem…) – sami się domyślacie…


Kiedy tak kombinowałam, co tu robić i do kogo dzwonić, wchodzi Magda… Po pracy :-) . Przegadałyśmy jak zwykle godzinę. Madzik został w robocie, a potem wszyscy się wzajemnie odprowadzali do 6 rano. Integracja – TRWA. Bogu dzięki moja współlokatorka ma dziś wolne, więc chociaż się wyśpi. Dzień wolny przeznaczy na odsypianie. 
Ja – wyszyłam do pracy. Ona – przyszła z pracy. 
Ja idę nalewać drinki. Ona – idzie spać.
Odwiedzi mnie może wieczorkiem – obiecałam jej kawę mrożoną z lodami  - no co, trzeba sobie dogadzać wzajemnie. Jesteśmy ZESPOŁEM.

Wyjechałam na praktyki w hotelu z wielu powodów, o których już pisałam częściowo. 
Nie wspominałam jednak, że chciałam zawsze poznać pracę w hotelu „od kuchni”. 
Co tak naprawdę się dzieje i jak wyglądają relację w takiej pracy? 

Zawsze interesowała mnie branża hotelarska. Myślę, że (szczególnie w dzisiejszych czasach) maluje się przed nią świetlana przyszłość.
Jeśli chciałabym w przyszłości objąć jakieś kierownicze środowisko w hotelu (co raczej wykluczam), to taka praktyka jaką teraz odbywam jest prawdziwym skarbem. SERIO! Poznanie realiów hotelarstwa z perspektywy nic nieznaczącego „drinonalewacza” otwiera oczy i pozwala zrozumieć mechanizmy rządzące tym specyficznym „światkiem”. Kombinowanie, obchodzenie problemów „dookoła” i sztuczki obsługi byłyby mi obce, gdybym na przykład wcześniej nie pracowała w hotelu, a od razu zasiadła w fotelu kierownika czy coś w tym rodzaju.

Znowu powinnam ugryźć się w język, bo blog ma status PUBLICZNY, ale zdradzę, czego się dowiedziałam. Na hotel narzeka większość przybyszów. Mówią, że „pobyt tu jest ich pierwszym i ostatnim”. Te słowa słyszę kilka razy dziennie, więc już przywykłam. Nie jestem jakoś specjalnie związana z misją promowania tej sieci, zatem – uśmiecham się tylko… BO CO MAM POWIEDZIEĆ? „Szanowni klienci! Zawsze może być gorzej? Wcale nie jest tak źle…?” No bez przesady :-) . 
Może po zakończeniu praktyk sama Wam napiszę recenzję tego miejsca. 
Ale to już wiadomo – PO wszystkim. Póki co – obsługa to skarb tego miejsca. No co?! Popatrzcie na mnie!:-D



Zastanówmy się - czysto hipotetycznie… Oczywiście pamiętając, że mój blog ma status publiczny. Skoro ludzie narzekają, to czemu hotel pęka w szwach? Przy kolacji dosiadł się do mnie kolega z recepcji. Przesympatyczny (jak większość obsługi). Zaczęliśmy gawędzić. 
Mój połamany angielski pozwolił jednak dowiedzieć się kilku ciekawych rzeczy:

1) Kolega zamierza już jakoś w lutym przenieść się do hotelu na Filipinach. Nie wytrzymuje tu już psychicznie skarg (absurdalnych narzekań) gości i bałaganu. Poza tym, człowiek potrzebuje zmian, zwłaszcza w takiej pracy.

2) On też mieszka w hotelu. Ma w ramach pracy zakwaterowanie. Żałosne jest to, że BEZ WYŻYWIENIA. Oznacza to, że musiałby coś ciepłego jadać na mieście, albo żywić się kanapkami cały rok. Je więc w ukryciu „po kątach”, przemyka jak każdy, kto pracuje w obsłudze i teoretycznie musiałby płacić za kubek wody i ciepły posiłek.

3) Nie chce absolutnie pracować w jakimś 5-gwiazdkowym hotelu, gdzie (jak to ładnie ujął) musiałby siedzieć sztywno w spodniach „na kancik” poważnie „jak trusia”. Nasz hotel ma 3-gwiazki, kolega stwierdził, że chce pracować w ****.

4) Latem – jak to latem – szczyt sezonu, więc hotel jest przeludniony. Wiele grup zorganizowanych, wycieczek, „kolonii”, rodzin z dziećmi… Skład gości hotelowych - mocno zróżnicowany.

5) Zimą – od lat te same twarze. Co myślicie o takim rozwiązaniu – znowu pomówmy HIPOTETYCZNIE. Opłacacie pokój na 2-3 miesiące. Może wyszłoby to drogo dla kogoś, kto nie wydaje mnóstwa pieniędzy na… alkohol. Jednak, jeśli KTOŚ wykupi sobie (hipotetycznie) all inclusive w tanim (stosunkowo) hotelu i nie płaci za:
-ogrzewanie i wodę,
- elektryczność (Internet ma też za darmo w recepcji, a tam nikt nikomu nie zabrania siedzieć całą dobę; w sezonie co prawda zrywa się mi tu co chwilkę, a często wcale nie ma, ale w zimie ponoć całkiem spoko śmiga),
- napoje i wyżywienie
ORAZ – co najistotniejsze – za ALKOHOL od godziny 10 do 23 – ile zdoła w siebie "wlać" (a spotykam tu „pojemne osobistości”), to wychodzi piękny interes (szczególnie, że TEN KTOŚ pozostaje anonimowy [w pewnym sensie], ma pracę, która mu pozwala na takie życie i musiałby w swoim mieszkaniu wydawać na codzienne picie tyle, ile kosztuje tu dłuższy pobyt hotelowy).

Mroczniejszą stroną jest to, że kolega musi(ałby) [hipotetycznie :-)] odprowadzać owego gościa codziennie do pokoju hotelowego, bo ten – biedaczyna – nie pamięta nawet jak się nazywa, a co dopiero, na którym piętrze się zatrzymał. 

Tak to powoli Basia łapie, o co w tym wszystkim chodzi. Biznes się kręci. Ja zaś staram się zagłębić nieco bardziej w arkadia hotelowej rzeczywistości. Zgodnie z moim wścibskim dziennikarskim nochalem, wtykam go, gdzie popadnie i staram się podpatrzeć to i owo.

Wczorajszy dzień był bardzo ciężki. Padłam z wycieńczenia. Dziś od 10 powinnam otworzyć bar. POWINNAM. Ale nie ma kluczy, nie ma piwa, nie ma Fanty, Sprite’a, nie mam środka do czyszczenia (nie mogę sobie go sama wziąć wedle przepisów. Mam za to zepsutą kasę, laptopa… zakosiłam też jabłko ze śniadania (nauczona wczorajszym doświadczeniem głodowym).

Oddychaj. Wyluzuj.  Czym tu się przejmować? Ja robię, co do mnie należy. Za resztę odpowiada mój manager, który – mówiąc krótko – ostatnio „w kulki sobie leci”. Zwalę wszystko na niego – każdy tu tak robi. Spychologia zawsze działa, a w moim przypadku jest w pełni uzasadniona. Szefowa ma fiołka na punkcie czystości… powiem jej w razie kontroli, że nie mam NIC do sprzątania, a błagałam 3 razy i mi nie dostarczono. NO I TYLE. KRÓTKA PIŁKA! 

Cieszy mnie jedno – wcale nie jestem na straconej pozycji, mimo bycia tu jedynie praktykantką. Zauważyłam, że to IM ZALEŻY, bym tu pracowała. Mają za mało ludzi do roboty, za mało praktykantów. Harujemy jak woły „za nic” praktycznie, więc zamiast nas wywalać stąd, pewnie będą błagali, byśmy zostali. SERIO SERIO! Tak to po dwóch tygodniach zaczynam widzieć.

Niestety rozpoczyna się okres wyzysku, ale NIE DLA MNIE. Nie poddam się temu. Kiedyś podkuliłabym ogonek i odpowiadała „za całe zło tego świata”. Dziś jestem SILNA. Nic mnie nie złamie. Jak to moja ciocia stwierdziła pięknie – „to nie ja mam się bać, a MNIE mają się bać”. 
COŚ W TYM JEST… 

DYSTANS. ODDECH. DRUGI ODDECH. LUZIK.
PAMIĘTAJ, PO CO TU JESTEŚ.
PAMIĘTAJ, ŻE ONI MAJĄ INTERES, BYŚ TU ROBIŁA ZA KILKU PRACOWNIKÓW.
PAMIĘTAJ, ŻE ZALEŻY IM, BY CIĘ TU ZATRZYMAĆ.

*Na marginesie: Wymyślili ostatnio, że muszę pisać co tydzień jakieś durne raporty o tym, co myślę na temat praktyk, jakie mam problemy i żale. HAHAHA! Śmiać mi się chce. Niby czemu po pracy mam coś takiego pisać! Pewnie, że nie piszę! A jak zażądają, to powiem, że nie wiedziałam, bo nikt nie powiedział mi, jak to ma wyglądać (taki świstek :-P). 

Moje wścibstwo nie zna granic (mówiłam Wam), więc dowiedziałam się, skąd ten durnowaty pomysł o „raportowaniu”. Wyobraźcie sobie, że było tu dwóch praktykantów z Holandii na moim stanowisku. Po tygodniu (czy dwóch – nie pamiętam), spakowali manatki i bez słowa wrócili do domku. Ciekawe czemu…? Przestraszyli się karaluchów? A może komarów :-P ? 

Przepraszam, ale z wiekiem obserwuję u siebie wzrost sarkazmu tak wielki, że zaczynam się bać, co to będzie w przyszłości… No cóż. Nobody's perfect.
Sarkazm pozwala mi na dwie rzeczy:
1. NIE ZWARIOWAĆ
2. ODNALEŹĆ INTELIGENTNĄ NITKĘ POROZUMIENIA Z LUDŹMI, KTÓRZY MYŚLĄ PODOBNIE DO MNIE i KTÓRYMI PRAGNĘ SIĘ OTACZAĆ (to pewnie także Wy, skoro, czytacie moje myśli).

Tajników hotelowych - ciąg dalszy – mam nadzieję, że już wkrótce. Może to nie są jakieś porażające informacje, ale dla mnie – laika – całkiem ciekawa sprawa. Pewnie dalej będę wtykać nochala we wszystko, co się da. Tyle mojego… powiedzmy, że to część wynagrodzenia za ciężką pracę.

Dobra robota, szeregowy CROPSON.
LET’S GO TO WORK [znaczy się: lets goł t(s)u łeeer(k)]. 

***Dopisek po pracy: dziś spokojnie - znacznie spokojniej, ale tylko jeśli chodzi o „ruch”. Kasa nadal zepsuta, więc muszę pisać wszystko, co sprzedam na kartce, którą wyżebrałam w recepcji. Latam po hotelu, by rozmieniać pieniądze, bo nie mam czym wydawać reszty – to tutaj standard! Czekam na dostawę piwa cały dzień i świecę oczami przed gośćmi, że nie mam – bo nie dowieźli. Maltańczyk zakosił mi kubeł do lodu i muszę po każdą kosteczkę sięgać do zamrażary – oczywiście walczyłam jak lwica i manager miał mi przynieść drugi kubełek, ale nie przyniósł (tak jak zresztą obiecanego środka do czyszczenia, ścierki i innych niezbędnych rzeczy, których sama „se” przynieść nie mogę wedle durnego regulaminu).

Dziś rano wyżyto się na mnie po raz kolejny. Zaczynam pracę o 9:30. Mam otworzyć bar o 10. Jak zwykle nie ma nigdzie kluczy. Nie ma też managera z tymi kluczami ani kontaktu z nim. Spoko. Mi się nie spieszy. Poczekam. Nie moja wina – robiłam (jak zwykle), co do mnie należało i co mogłam. 

Kiedy już „przyszły” klucze, znowu czekałam na managera, by przeliczył kasę i takie tam formalne sprawy finansowe, których się nie tykam – od razu na wstępie praktyk  powiedziałam, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Nie mam zamiaru brać na siebie tak wielkiej odpowiedzialności. Manager zgodził się z tym – DO CZASU. Dziś, gdy czekałam na niego, by dopełnił zobowiązania, przybiegł z pretensjami, że jest 11, a bar zamknięty i goście się skarżą jego szefowi. Oczywiście wiedział, że to jego wina, ale postanowił zręcznie zwalić wszystko na mnie. Nie dałam się, jak sobie uroczyście przysięgłam i wyjaśniłam spokojnie swoje racje. Niestety na koniec usłyszałam, że od teraz muszę zajmować się też kasą i że to jest częścią praktyk (nie tylko serwowanie).  Zaczyna mi się to wszystko nie podobać. 

Powiem szczerze – w środę idziemy z Madzią podpisać te umowy i w końcu upomnimy się o wynagrodzenie. Ja do tego czasu postudiuję przebukowanie biletu, bo myślę o tym, czy by nie wrócić sobie na początku września. Szkoda mi tu dwóch tygodni, które mogłabym przeznaczyć na ważniejsze sprawy w Polsce. Jednak wszystko zależy od kosztów, bo ponoć musiałabym zapłacić różnicę w cenie biletu i dodatkowo opłatę za przebukowanie (czyli zmianę rezerwacji), co w szczycie sezonu pewnie nie jest tanie. Zobaczymy. Jeśli będzie z tym zbyt duże zamieszanie – jakoś tam wytrzymam. 

Totalnie wyluzowałam. Nie mam zamiaru się przejmować i przyznaję – ZWISAJĄ MI TE PRETENSJE. Nie są uzasadnione, więc czym się przejmować? 

Less stress, live slow, sail more <3

Do września – tak czy inaczej – zwiedzę Maltę dokładnie tak, jak tego chcę.  


 TO BE CONTINUED…