25.dzień pobytu na Malcie i nutka należnego relaksu

Dziś wpis na szybko - więcej zdjęć niż gadaniny, bo - przyznam szczerze - czasu brak :-) :-P

Wczoraj miałam najtrudniejsze zadanie jak dotąd - sama na zmianie w barze, który przynosi hotelowi najwięcej zysku. Spora odpowiedzialność finansowa, więc i stres ogromny. Na dodatek nie mogłam liczyć na pomoc, bo każdy był zajęty i przejęty wizytującym hotel SZEFEM-SZEFÓW. Zdana sama na siebie - PODOŁAŁAM.

Choć skaleczyłam się szkłem po butelce wódki i krew tryskała na wszystkie strony - tamowałam serwetką tak, by czasem klienci nie widzieli. Plaster leżał u mnie w walizce w pokoju i nie było mowy, aby opuścić stanowisko pracy, gdy przede mną setki sportowców z Brazylii, Włoch i goście hotelowi do "napojenia"... W apteczce w barze znalazłam jedynie opaskę uciskową i maseczkę do resuscytacji... DUPKA BLADA.
Przeżyłam.
Trzeba sobie radzić. Nie jestem małym dzieckiem. O bólu nie było czasu myśleć.
Uwijałam się jak najlepszy barman :-P Tak! Pierwszy raz się w życiu będę przechwalać, bo mam powody do dumy. Zmieniałam zbiorniki do wina, beczki z piwem, soki, pompy z prędkością światła i wprawą zawodowca, obsługiwałam jednocześnie bar na zewnątrz i restaurację - to skomplikowane, ale postaram się wyjaśnić. Stoi się jakby w dwóch okienkach, w których wydawane są inne rzeczy na innych zasadach, w innych godzinach i generalnie pomieszanie z poplątaniem. Teoretycznie powinno być dwóch pracowników. W praktyce - jedna "rozrywająca się" Basia, która w czarnych baletkach ledwo wystaje zza baru. Liczy się jednak to, że umiejętnie obsługiwałam dwa miejsca tak, by kolejki z obu stron nie czuły się pokrzywdzone - trzeba pilnować kolejności, bo każdy pcha się, gdzie popadnie. Ważne było cierpliwe słuchanie, skupienie, pamięć, koncentracja i uśmiech mimo zmęczenia dla każdego. Każdy klient ma się czuć wyjątkowy, miło obsłużony i najlepiej usatysfakcjonowany (na tyle, aby nie wracał co minutę do mnie :-P hihi , ale to niestety awykonalne).
Manager dał mi pochwałę, opowiedział, że SZEF-SZEFÓW mnie bardzo polubił i zwróciłam uwagę tym, jak ciężko pracuję, jak goście wszyscy mnie bardzo lubią (bez wyjątku) i tym, że sama SAMIUTKA tak sobie poradziłam tyle godzin. Powiedział, że jest dumny i że ja mam być z siebie dumna. Znakomita robota i utarg na koniec dnia bliski rekordowi. Napiwki też zebrałam całkiem przyjemne, bo nie musiałam ich dzielić z nikim - moja ciężka praca, a wręcz "krwawica" hehe.

Wykończona, zasnęłam jak niemowlę o 2. Wstałam o 9. Na śniadanie wybrałam się dopiero wtedy, gdy SZEF-SZEFÓW wyszedł z restauracji (strategia: bądź niewidoczna, kiedy widzisz BOSS'a - odwracasz się na pięcie i znikasz z pola widzenia).
Bardzo dobra metoda, polecam.

Dziś postawiłam na dzień regeneracji, czyli odpoczynek, drobne przyjemności i spacerki po okolicy.

Dokupiłam kartki do wysłania i znaczki (częściowo). Odwiedziłam sklepiki. (Niestety kiepskie zdjęcie :-P )

Poczytałam ulotki z maltańskiego Lidla. :-) Wklejam dla ciekawskich, jakie ceny można mniej więcej spotkać na Malcie. Nie ma co ukrywać, tanio nie jest dla turysty z Polski. Ceny jednak są porównywalne, jeśli spojrzymy z perspektywy ceny w Polsce i zarobki Polaków a ceny na Malcie i zarobki Maltańczyków.
Zabójcze są według mnie ceny nabiału i lodów oraz kosmetyków. Ale wiadomo - w Polsce zarabiamy z "złotych" a nie w Euro.
Ceny w Lidlu są jednak całkiem spoko, będę musiała się kiedyś wybrać z ciekawości.






Wczoraj plażowałam przed pracą,

dziś zamierzam poskwierczeć na słońcu po południu.

Spróbowałam lokalnego popularnego i charakterystycznego dla Malty napoju.
Kinnie smakiem mnie nie porwało. Nie lubię gorzkiego posmaku. To jakby napój herbaciany z cierpkim posmakiem (znienawidzonej przeze mnie skórki pomarańczowej - fuj), o intensywnym aromacie. Taka dziwaczna ice-tea - moim zdaniem. Może mocno schłodzona komuś z Was by odpowiadała - mi niestety... NIE.
Spróbowałam.
Misja wykonana :-)
Więcej się nie skuszę.



W sklepach można spotkać wiele polskich marek i produktów. Postaram się porobić zdjęcia, by pokazać Wam najbardziej popularne. Furorę na Malcie robi nabiał z Polski. Jogurty, mleko... Prym wiedzie Mlekovita, Bakoma i Zott (Jogobella :-). Nie pamiętam, czy pisałam, że na terenie hotelu mamy wszędzie mleko tylko POLSKIE :-).

Na koniec śmieszna sytuacja z wczoraj. Byłam sama na zmianie, jak już pisałam.
W czasie "nawałnicy klientów" podeszła do mnie kobietka w moim wieku (może ciut starsza) i mówi po angielsku, że potrzebuje coś do wytarcia stolika, bo "się rozlało".
Oczywiście moim obowiązkiem jest rzucić wszystko i w pół minuty zetrzeć ten stolik przed barem - taki oto mam priorytet w obowiązkach (wiem, dziwne... od tego są specjalnie "sprzątaczki", ale spoko...)
Pobiegłam tam z "Cifem" i ścierą. Wytarłam dokładnie, ale ścierka nasiąkła bardzo tym czymś rozlanym.
Przy stoliku siedziało z 8 Polaków (jakaś rodzinka lub dwie) i jeden mruknął pod nosem:
"Jest jeszcze bardziej mokro niż było."
Basia błyskawicznie z uśmiechem, lecąc po suchą ścierę, odpowiedziała:
"Dzień dobry. Oczywiście zaraz powycieram na sucho":-)
*** Mina ludzi przy tym stoliku - BEZCENNA. ***
Szczęki opadły im do ziemi :-D
Kiedy wróciłam i wypolerowałam blat,
zmieszani zaczęli się coś tam dopytywać, skąd jestem,
ale jakoś nie miałam czasu ni ochoty na pogawędki.

Uważajcie, co mówicie za granicą. Nie wiecie, ile spotkacie Polaków tuż "za rogiem". HIHI

To było piękne. Śmieję się z ich min do teraz.

Lecę za moment poskwierczeć na żwirkowej plaży.
Koło niej - jest sympatyczny PARK WODNY dla dzieci.
Nacieszcie oko - szkoda, że nie ma takich w Polsce!
Dla dzieci byłaby frajda. Ja tam do końca życia będę pamiętać,
kiedy z Babcią Irenką w Szczecinie chodziłam latem na "Gontynkę" :-P
Dzięki Babciu - piękne chwile błogiego dzieciństwa!

Oto i PARK WODNY BUGIBBA (czytaj: Budżiba - moja miejscowość)