Dzionek 24. na Malcie - tydzień IV



20 dni wolnego do zagospodarowania na maltańskie podboje. 20 dni, które pragnę wykorzystać tak, by po powrocie do Polski nie narzekać, że czegoś nie zdążyłam zobaczyć, dotknąć, spróbować…

Na liście mam kilka priorytetów:

- sama chcę pozwiedzać stolicę Malty - Valettę jak najintensywniej, jak najdokładniej i najpełniej, jak to możliwe. Pochodzić z planem miasta w ręku, zabrać wałówkę na cały dzień, porobić cudowne zdjęcia, pokonwersować z ludźmi i wrócić wieczorem, by następnego dnia kontynuować wycieczkę. Na Valettę chciałabym przeznaczyć dwa dni, ale zobaczymy, jak czas pozwoli. Jeden dzień to moim zdaniem za mało (z tego, co czytałam i oglądałam w przewodniku). Stolica jest niesamowita – przepiękna pod wieloma względami. Zachwyca architekturą,, portem, atmosferą i tym, że wszystko skąpane w promieniach słonecznych zdaje się lśnić, a ludzie – promienieją uśmiechami od rana do wieczora;


- kupię bilet na objazdowe zwiedzanie wyspy piętrowym autobusem „Malta sightseeing” (nazwy dokładnie nie pamiętam, mam w pokoju dziesiątki ulotek). Koszt całodniowego biletu nie przekracza 20 EURO, więc dla mnie, to doskonała okazja, by usiąść sobie (nie w środku), a na pięterku autobusu  pod gołym niebem, wyciągnąć lustrzankę i zrobić niezwykłą sesję pod hasłem: „ogólny przegląd maltańskiej rzeczywistości”. 

- wykupię sobie lot nad wodą, o którym pisałam,

- poopalam się na innych plażach, niżeli te, na których już byłam,


- myślę o nurkowaniu z delfinami… ale to ponoć droższa sprawa…

- popłynę w rejs całodniowy do Blue Lagoon, Comino i Gozo – albo będzie to jeden droższy rejs, bardziej intensywny, ale wyżywienie wówczas we własnym zakresie,




 albo dwa osobne rejsy, co pozwoli dokładniej i spokojniej (tak jak lubię)  podziwiać uroki jedynych w swoim rodzaju uroczych wysepek. Ponoć krajobrazy są tak „cukierkowe”, a woda bajecznie lazurowa, że nie mogę się doczekać, kiedy tam popłynę; być może jednak odważę się "na własną rękę" zaplanować wyprawę i zapłacić tylko za prom...; Prawdopodobnie wybiorę się z Sylwią, bo ona chce mieć fajne zdjęcia, a i mnie nie zaszkodzi pamiątka :-)

- z pewnością poświęcę jeden wieczór na to, by totalnie zabalować. Clubbing w Peacevile (czyli maltańskiej imprezowni St.Jullian) to coś, co trzeba przeżyć. Nocne życie jest wpisane w klimat tego miejsca – trzeba spróbować! Może z Patrycją i Elą? Może z Magdą i chłopakami? Może z kuzynką Sandrą? Dobre towarzystwo – podstawa. Każde wymienione powyżej uznaję za doborowe, więc również nie mogę się doczekać! Ponoć idziemy wszyscy w sobotę po północy (to nic, że w niedzielę pracuję od 9:30 :-P);

- znalazłam też wioskę Popey’a (Popeja?), nie wiem jak to się wymawia, ale niektórzy pewnie kojarzą taką kreskówkę o „siłaczu”, który wcinął szpinak i miał po nim niespożyte pokłady energii… Muszę się zorientować, czy to czasem nie jest jakaś atrakcja wyłącznie dla dzieci i czy warto tracić czas, by tam pojechać; podejrzewam, że to jednak coś dla dzieciaków, więc raczej nie skorzystam :-)
- chciałabym popróbować lokalnej kuchni, ale na to raczej środków nie starczy – postaram się jednak posmakować jakiś lokalnych drobiazgów. 
W hotelu mam wyżywienie i nie narzekam na nie – przeciwnie – bardzo mi odpowiada i nie zdarzyło się jeszcze, bym wyszła głodna z restauracji (zawsze znajdzie się coś, co lubię – wybór jest spory - moim zdaniem -choć są i osoby, które znajdą powód do narzekań na wszystko… nie wiem w takim razie, co jedzą tacy ludzie w swoim domu… nie podejrzewam, że kawior na śniadanie, a na obiad krewetki…). W hotelowej restauracji serwowane są jednak typowo brytyjskie śniadania (fasolka, bekon, płatki z mlekiem, tosty na ciepło, sałatka, pomarańcze i jabłka, kawa…), które najmniej lubię. Maltańskich dań tu raczej nie skosztuję, bo menu komponowane jest uniwersalnie pod codzienne zwyczajne upodobania gości. Wielu Włochów, więc pasta (czyli makaron) musi być na kolację obowiązkowo. Często i pizza, kurczak, czasem dobra rybka (ostatnio przechwaliłam i trzy dni z rzędu była przesolona tak bardzo, że jeść się nie dało). Najbardziej się cieszę, że często jest mój ulubiony melon (żółty, zielony i pomarańczowy), cukinia na ciepło (nie jest smażona, a duszona lub pieczona), pomidory z pieca, bardzo dobry bar sałatkowy, świeżutka sałata lodowa każdego dnia, dojrzały naturalnym słońcem słodziutki arbuz. Czego chcieć więcej? Pyszności.
 Ale truskawek tu dobrych (póki co) nie znalazłam. Pewnie kwestia odmiany – dotąd próbowałam pięknych bordowych truskawek, które – niestety – smaku truskawek nie miały. Z doświadczenia wiem, że im „ładniejszy” wygląd truskawki, tym smak mniej ciekawy. 

Nie ma to jak z przydomowego ogródka prosto z krzaka. <3 Albo z mojej maszynki do lodów. Przed wyjazdem i tak trochę się nacieszyłam tym wyjątkowym smakiem. Tata ponoć w pocie czoła zebrał mi poziomki i zamroził, więc mogę tylko podziękować, jeśli to czyta i skakać z radości. DZIĘKUJĘ!  

- koniecznie muszę powysyłać jakieś kartki (niestety muszę zawęzić liczbę i pogrupować odbiorców), ale chyba wybiorę opcję zapakowania każdej w koperty i wysłania jako listy, by mieć pewność, że dotrą do adresata (i to znacznie szybciej, jeszcze przed moim powrotem);
- jeden dzień pod koniec pobytu przeznaczę na zakupy – drobiazgi dla najbliższych, wyjątkowe pamiątki dedykowane każdemu z osobna – czysta frajda kombinowania, z czego kto może się ucieszyć <3 ;

Jak widzicie, rynek turystyczny na Malcie kwitnie. Oferta sama „wychodzi” do klienta i na każdym kroku napotkać można lepsze propozycje, wygody i wszelkie udogodnienia dla tych, którzy pragną wykorzystać pobyt na Malcie w stu procentach. W hotelu San Anton mamy specjalne biurko obok recepcji, przy którym siedzi przemiła Pani zatrudniona tutaj jako „informacja turystyczna”. Jest cudowna. Wie (jak dla mnie) wszystko, mówi w kilku językach, tłumaczy powoli i tyle razy, ile trzeba, by pojąć co i jak. Rozdaje mapki, doradza, proponuje, rezerwuje bilety, wyjaśnia… wszystko za darmo. SKARB <3
Chcę dojść do najbliższej poczty. Idę do niej. Chcę znaleźć Kościół. Pytam ją. Nie wiem, do którego autobusu wsiąść, by dojechać tu czy tam – Pani zawsze podpowie i nawet zaznaczy wszystko na mapce. Tym sposobem – bez dostępu do sieci i pojęcia o atrakcjach na Malcie, każdy może bez problemu zachwycić się wszystkimi atrakcjami, które są tu na wyciągnięcie ręki.

Wystarczy chcieć.
Wystarczy być wygłodniałym wrażeń i nowych doświadczeń.
Wystarczy wykorzystać w pełni szansę, którą dostałam od losu. Coraz szerzej się do mnie uśmiecha. Do tej pory chyba po prostu tego nie dostrzegałam. 

Kiedy doceniam małe drobiazgi, łatwiej budować na nich fundament prawdziwego szczęścia. 
Na nowo zakiełkowało w moim sercu.

Bogu dzięki.


A teraz trochę o wczorajszym dniu:



Wczorajsza przeprowadzka była dla mnie stresująca. Przyzwyczajam się bowiem do miejsc… chyba nawet za bardzo. Pokój na czwartym piętrze stał się moją ostoją i twierdzą. Pierwszy tydzień spędziłam w nim sama. Wiąże się z tym  ładunek emocji, którego nie jestem w stanie „wymazać”. Kolejny tydzień spędziłam już z Magdą… i tak minęły kolejno następne dni pobytu w miłej atmosferze współzamieszkiwania. Kiedy przyszło się wyprowadzać wczoraj z naszego lokum, smutek ściskał serce, mimo że to PONOĆ tylko 5 dni (na czas pobytu grup z Włoch – dwóch i grupy z Brazylii). 

Od rana chodziłam na recepcję pytać o to, kiedy mamy się wynieść, bo przecież trzeba zdążyć do pracy i chciałam sobie iść na plażę (oczywiście każdy ma w nosie plany pracowników). W końcu za którymś razem dostałam pęk kluczy do pokojów na parterze i miałam wybrać. 
Zaczęła się latanina „kto pierwszy, ten lepszy”. Magda smacznie spała i dała mi wolną rękę, bym wybrała coś odpowiedniego. 
Mi najbardziej zależało na:
- SEJFIE, 
- temperaturze w pokoju, 
- wyglądzie łazienki i na zapachu w pokoju. 
Kryteria tutaj raczej najważniejsze (+brak pleśni i robali). 

Jedynie w pokoju 00x i 00y w sejfach były drzwiczki, więc uznałam, że któryś z nich będzie w sam raz. W castingu zwyciężył 00x, bo w pokoju 00y śmierdziało niemiłosiernie stęchlizną. Rzeczy przeniosłyśmy sprawnie.
Z kluczami jest zawsze taki problem, że jest nas dwie i trzeba zostawiać u recepcjonistów, by się nie ganiać po hotelu. Przy kluczu jest taka wkładka z tworzywa, która zapewnia elektryczność i światło w pokoju.



Do pokoju na czwartym piętrze, który opuściłyśmy, zdobyłam DWA klucze (jeden z recepcji, jeden po prostu zwinęłyśmy z recepcjonistą sprzątaczkom). To wielka wygoda dla mnie i Magdy. Jeden klucz oddałyśmy, drugi Basia sobie zostawiła, bo chcemy z Madzią wrócić do tego samego pokoju.
 Zastanawiacie się, jak sobie radzić z brakiem elektryczności? Mamy taki patent, że składamy tekturę na kształt tej wkładki „przy kluczu” i zwykle działa. Można opuścić pokój i ładować sobie w nim telefon, bo jest prąd.
 W nowym lokum nie miałyśmy wieszaków na ubrania „gniecące się”. Poleciałyśmy do starego pokoju, póki nie został jeszcze „zamieszkany” i zwinęłyśmy „nasze” wieszaki. Trzeba sobie radzić… 

SORRY… takie mamy warunki.

Niestety sejf okazał się zepsuty. Bardzo się zestresowałam, bo mam kilka cennych rzeczy, a sprzątaczki mają klucz do każdego pokoju. Nie ocenia się ludzi po wyglądzie i statusie materialnym, ale… sami byście bali się o swe rzeczy. Uwierzcie mi. Czekałam na swoją zmianę w pracy w godzinach 13-15 i 18-24, więc musiałam szybko wymyślić coś, co pozwoli mi spokojnie „nie osiwieć” w obawie o mój dobytek. 

Postanowiłam iść do recepcji i stać tam tak długo i im jęczeć, aż ktoś mi pomoże. 
Byłam gotowa się tam przykuć i protestować, byle zapewnić moim rzeczom bezpieczeństwo. Dopięłam swego. Stałam tam i tłumaczyłam oraz walczyłam jakieś 2 godziny i mi pomogli. 
Wezwali obsługę techniczną specjalnie dla mnie (!), Pan poszedł załatwić „sprawne drzwi” do sejfu, wziął skrzynkę narzędziową, wymienił zepsute wrota, pomógł w obsłudze (to nie taka prosta sprawa, jak myślicie z tymi kodami i zamkami) i TAK ZOSTAŁAM URATOWANA. 

Cholerka, Baśka. Masz 23 lata. Radź sobie. Nie jesteś małym dzieckiem!
„Na wszystko jest jakiś sposób” – powiedział baca zawiązując buta dżdżownicą.
____________________________________________
Nie ma co oceniać ludzi po pozorach i od razu skreślać. Z Magdą i Sylwią dogaduję się bardzo dobrze. Świetne dziewczyny. Jak fajnie, że są tutaj ze mną. To genialna sprawa! 
Wczoraj poszłyśmy sobie z Sylwią przed pracą do „Kerfura” (bo niestety na plażowanie przez przeprowadzkę nie było czasu). Chciałam zobaczyć ceny środków  przeciw komarom i płynów do demakijażu. Nie będzie źle – jakoś przełknę wydatek. „Market jest niedaleko, więc bardzo się cieszę, że w awaryjnej sytuacji można w godzinkę „obrócić” z hotelu do sklepu.
 


TO BE CONTINUED…

PS Specjalnie dla Ciebie sponsora zakupu, premiera nowej sukienki :-* LOWJU