31.spokojny dzień na Malcie (V tydzień)

Środek piątego tygodnia ZMAGAŃ na Malcie. Zmagań ze sobą. Zmagań z „trudnymi” ludźmi. Zmagań z tęsknotą. Zmagań ze swoim nastawieniem do świata i życia. Zmagań w normalnej pracy.



31. dzień PRZYGÓD maltańskich. Odkrywania piękna. Poszukiwania niezapomnianych wrażeń. Rejestrowania wspomnień na całe życie. Zdobywania doświadczeń. Poznawania innej kultury. Przełamywania bariery językowej. Doskonalenia.

Zamieniłam się dziś z koleżanką na zmiany. Ona poszła za mnie od 13-15 i 18-24, ja zaś pracuję od 9-18. Dzięki temu odpocznę, wyśpię się i spakuję do jutrzejszych wojaży. Planuję z rana iść po prostu do przystani i płynąć na Blue Lagoon bez wcześniejszej rezerwacji. Nie powinno być z tym problemów, ponieważ to czwartek (a nie weekend). Jeśli się nie uda – trudno. Pojadę autobusem na inną wspaniałą plażę (nie pamiętam jak się piszę nazwę, ale wymawia się Melija). Jeszcze trochę pobędę w Bugibba, więc nic mi nie umknie. A tu jeszcze kilka ujęć z Valletty <3





Wczoraj w pracy miałam sajgon. Czasami jest tak ciężko, że po pracy po prostu padam jak mucha. Niby spałam dobrze, ale dziś w pracy usypiałam totalnie. Kilka razy tak zamykały mi się oczy, że o mało nie ucięłam sobie drzemki. O MAŁO CO, bo skutecznie obudziły mnie podszepty, że „BIG BOSS  IS EVERYWHERE”. Szef-szefów wizytuje i wszędzie zagląda. Nie znasz godziny ni minuty, jak wpadnie i da ci popalić. Co znaczy wizyta szefa? 


  • Po obiad nie masz co próbować iść.
  • Wszystko ma lśnić, a kiedy lśni, to udajesz, że czyścisz.
  • Stoisz, nie ma mowy by usiąść na tyłku. Klient ma widzieć, że ktoś stoi przy barze!
  • Uśmiechasz się, bo możesz być obserwowana caaaały czas.

Po pracy planuję się wreszcie wyspać. To priorytet na dziś, bo nie mam siły. Kiedy zaś nie mam energii, to do głowy przychodzą głupie myśli i tęsknota. Mam tu na myśli tęsknotę za Domem i Rodzinką. Od wczoraj mogę jeszcze dorzucić tęsknotę całej naszej maltańskiej barowej załogi za Jose (czytaj: HOZE). Nasz kolega wczoraj pracował z nami ostatni dzień. Wieczorem pożegnaliśmy go piękną kartką, na której wszyscy się podpisaliśmy, życząc mu (każdy napisał coś od siebie) powodzenia i wszystkiego najlepszego na nowej drodze zawodowej. 

Zdolny, bystry i bardzo przystojny Hiszpan. Ale to akurat mniej ważne. Istotniejsze, że okazał się ciepłym, otwartym, miłym, uprzejmym i życzliwym człowiekiem. Wiecznie uśmiechnięty, ale spokojny i taktowny. Nie robi dookoła siebie szumu – skromny. Nie mówi o sobie zbyt wiele, ale potrafi słuchać. Pogodny. Odpowiedzialny, ale – kiedy trzeba – wyluzowany. Jak sam przyznał – MELA zrobiła swoje (tzn. pobyt na Malcie nauczył go dystansu do wielu spraw). Dzięki Jose odważyłam się sama zagadywać do ludzi, bo nie miałam poczucia, że ktoś mnie wyśmieje. Moje kalectwo języka angielskiego nie przeszkadzało nam (mi i jemu) w żartowaniu i pogawędkach.  
Od pierwszej rozmowy – wiedziałam, że się dogadamy. Mimo bariery językowej, rozumieliśmy się niemal w pół zdania. Ja wiedziałam, o co mu chodzi, a on wiedział, co chcę powiedzieć. Takie pokrewieństwo dusz i myśli. Czasem wystarczy przecież wymiana spojrzeń i ludzie wiedzą, że podobnie oceniają jakąś sytuację czy zachowanie danej osoby. Uwielbiam, kiedy właśnie takie osoby spotykam na swej drodze. Czuję, że nie jestem sama. To jedno z moich ulubionych uczuć. 
Czemu? 
Już wyjaśniam.

Czasem w tłumie osób czujemy się tak bardzo samotni, że odczuwamy większy smutek niżeli gdybyśmy faktycznie zamknęli się sami we własnym pokoju. Jeśli jesteśmy pewni wyznawanych przez siebie wartości i mamy silnie ugruntowane przekonania, to będąc sami ze sobą (sami z własnymi myślami) – samotność nam nie przeszkadza. Pozostajemy bowiem w zgodzie z samym sobą.

Kup jak ja za grosze pakiet słów, które nakierują Cię na właściwe tory ;-D

Te książeczki nieźle układają w głowie :-)
Kiedy jednak otaczamy się niewłaściwymi ludźmi, zaczynamy odczuwać izolację. Mamy wrażenie, że jesteśmy jacyś dziwni, bo jako jedyni myślimy inaczej. Bardzo często czułam się jak KOSMITA, kiedy trafiałam w niewłaściwe środowisko. Niewłaściwe - w sensie – pełne osób, których, szanuję, ale z którymi nie chcę się zadawać. Mają inne priorytety, system wartości, nie rozumiemy siebie wzajemnie i najczęściej są to źli ludzie, co znaczy, że przyjemność sprawia im krzywdzenie innych (w jakikolwiek sposób). Świadome czy nieświadome sprawianie przykrości – tego już nie roztrząsam.

Sposób, który stosuję od dawna. „Kolekcjonuj” wspaniałych ludzi i unikaj pętaków i cwaniaków. Trudna sprawa, ale… uwierzcie – są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. Choć czasem tracimy nadzieję, bo otaczamy się buractwem, to właśnie w odpowiednim momencie spotykamy kogoś wyjątkowego, który ratuje nas od przygnębienia i rozczarowania światem.
Będę tęsknić za Jose. Życzę mu jak najlepiej i – mimo tak krótkiej znajomości – czuję, że to moja bratnia dusza. Dokładnie tak go traktowałam – jak przyjaciela i starszego brata. Pomagał i cierpliwie tłumaczył, pokazywał, uczył i nosił za mnie ciężary. Skarb, który bardzo mnie wspierał.

Za miesiąc wyjeżdża i przeprowadza się do Chin. Nauczył się języka chińskiego (SAM!) i dostał znakomitą posadę ze świetną pensją. Kocha podróżować, więc zaprosiłam go do Polski. Ma ponoć u nas wielu przyjaciół. Jeśli będzie tylko chciał, ugoszczę go jak najlepiej.
Zaczęłam „grać” w nową grę. Dotychczas nieustannie w myślach towarzyszyły mi tylko moje błędy i porażki. Rozważałam je na tysiące sposobów. 
Co mogłam zrobić? Jak się zachować? CO za idiotka ze mnie? I takie tam… samobiczowanie.

Teraz, kiedy zaczynam w myślach litanię samobiczowania – robię w ramach kontrataku listę rzeczy, które mi się udały i które niwelują potknięcia.

Oto lista z wczoraj i dziś:
1.       Dostałam 5 EURO napiwku od jednego klienta za „przemiłą obsługę” i pomoc w szukaniu atrakcji na Malcie!
2.       Dostałam funty brytyjskie za znakomitą obsługę i życzliwość od dziwacznego klienta, któremu generalnie to nic się nie podoba (prawie nic – jak widać ).
3.       Nie przypuszczałam, że język słowacki jest tak podobny do naszego, że rozumiem wszystko, gdy rozmawiam z przesympatycznym małżeństwem ze Słowacji. Po prostu aż mi się buzia uśmiecha – tak fajni ludzie! No i lepiej rozumiem język słowacki od naszej śląskiej gwary, hihi!
4.       Goście hotelowi  powiedzieli wczoraj, że pracuję najciężej i „że jestem wszędzie”. Zasuwam ponoć jak maszyna nie barman. (Ma się już tę miesięczną wprawę! A jak!)
5.       Ponoć robię piękne zdjęcia – piszą do mnie czytelnicy bloga. Cieszę się, że komuś podoba się moje „oko” obiektywu.
6.       Dostałam dziś czek – WYPŁATA! – JEEEEEE! Muszę znaleźć pewien bank i wypłacić kasę – będzie dodatkowa okazja, by poznać kolejne miasto Malty!

Lecę nabrać sił przed jutrzejszymi wrażeniami.

TO BE CONTINUED…