36! VI tydzień okraszony I częścią relacji z 19.lipca

RELACJA Z NIEDZIELI, z dnia 19. lipca 2015 roku
Wyspana. Otworzyłam oczy i wiedziałam, że niedziela będzie moja! Zaśpiewałam sobie: „Ale za to niedzieeeela, ale za to niedzieeeela… niedzieeeela będzie dla nas…”. Sylwia spała, ale miałam wrażenie, że się uśmiechnęła i słyszała mój pełen wdzięku fałsz pełen podniecenia z okazji dnia wolnego. 


Wrzucę post na bloga, jem szybkie śniadanie i w drogę, gdzie nogi poniosą. 
  • Bateria aparatu – naładowana.
  • Krem do opalania na skórze i w torbie – obecny. 
  • Parę „eurosków” na autobus i ewentualne wydatki – są. 
  • Okulary – na nosie. 
  • Strój kąpielowy – spakowany. 
  • Mapki – mam. 
  • Woda i jabłko zwinięte z kolacji – warto gdzieś upchnąć. 

(Pragnę zauważyć, że nie jeżdżę już z małym słowniczkiem – poczułam się pewnie, gadam ile wlezie <DUMNA! hA! >). 

Można ruszać! 

Co prawda niedziela to niezbyt dobry dzień na plażowanie, bo tłok jest niesamowity (nie tylko turyści, ale i dodatkowo mieszkańcy wówczas odpoczywają na plaży), ale postanowiłam zaryzykować. Jest wcześnie, więc może faktycznie wybiorę się na podbój kolejnej (ponoć wspaniałej) plaży piaszczystej przy Mellieha Bay (bay – (czytaj: bej) – zatoka) – pomyślałam.
Tak też zrobiłam. 

Zapłaciłam za bilet i autobusem 221 z Bugibba pojechałam autobusem w kierunku Mellieha. Wiedziałam, że mam wysiąść na jednym z trzech przystanków, które są zlokalizowane tuż przy plaży (wymienię, bo może ktoś kiedyś skorzysta z tej cennej informacji, której w przewodnikach nie znajdzie): Skrajda, Padrino lub Ghadira (kolejność zgodna z rozkładem).

Pomyślmy. Logika się przydaje :-P 
Turyści, jak tylko zobaczą plażę – wysiądą na pierwszym przystanku przy plaży. 
Ci, którzy się zagapili, wysiądą na kolejnym. A zatem? 
Basia wysiądzie na trzecim, będzie mniej ludzi. 
Oczywiście było dokładnie tak, jak przewidziałam. Niestety, za jakąś godzinę – mój plan legł w gruzach. Każdy skrawek plaży był „zapchany” do granic możliwości, więc przyjemność oceniam jako „ograniczoną”. 






Owszem, widoki niezłe, plaża czysta… niczego sobie.

Prawdę mówiąc, Ghajn Tuffieha (przy Golden Bay) – jak dla mnie tysiąc razy bardziej urokliwa i przyjazna. Bardziej kameralna, piękniejszy krajobraz i oddalona od ruchliwej drogi. 


Na Mellieha nie zawitam ponownie, aby zrelaksować się i poopalać. Nie moje „klimaty”. 




Jeśli ktoś lubi potykać się o kogoś lub sam być co chwilę „podeptany”, to ENJOY – powodzenia i miłego leżakowania. 

Czułam lekki niedosyt, więc postanowiłam przynajmniej pochodzić po okolicy i znaleźć najwyższy punkt widokowy, do zrobienia ciekawych zdjęć.
Po drodze natknęłam się na publiczne toalety (po raz trzeci!) [*dodam, że w przewodniku pisze, że na Malcie nie ma praktycznie publicznych toalet i należy korzystać z ubikacji w hotelach i restauracjach, co jest totalną bzdurą!). 

Zobaczyłam, że najlepszy widok uzyskam… wspinając się na dach małej restauracji. 
Wariatka – wiem, wiem. Ale co tam! Ahoj przygodo. Najwyżej mnie pogonią. 
Szybko biegam – zwieję :-P .  






Zamknięta furtka mnie nie powstrzymała. Przelazłam bez trudu, potem przeskoczyłam jakieś murki, przerzucając najpierw toboły.


Na dachu były chyba jakieś panele słoneczne, śmieci, kable i…

leżak, który zachęcał do chwili odpoczynku, ale uznałam to za zbyt bezczelne :-P.

Uzyskałam takie oto widoczki – mówiłam, nic specjalnego, ale zawsze dla utrwalenia w pamięci warto fotografować. 





Przyjechałam na Mellieha, bo wiele osób polecało mi tę właśnie plażę jako „lepszą” od Golden Bay. Zamierzam zwiedzić Maltę tym piętrowym autobusem, o którym pisałam, ale nie kursuje on w tych okolicach. Pomyślałam, że może nie będzie już okazji specjalnie kursować w te strony i dlatego wybrałam na dziś to miejsce – każde bowiem warto zobaczyć i ocenić samemu. 

Moja ocena – 3+. W porównaniu do Ghajn Tuffieha – marnie. Ocena z pewnością byłaby wyższa, gdyby nie te „tabuny” ludzi i samochodów. 

Wolę plaże mniejsze, kameralne, na uboczu. 

Niedosyt… niedosyt. Bilet autobusowy mam ważny całe dwie godziny. Nie ma sensu już wracać i tracić pieniądze. Przypominam, że na zakupionym bilecie mogę podróżować, ale tylko w jednym kierunku. Powrót równa się zakupem kolejnego biletu. One way ticket, one way ticket… uuuuuUuuu. Nie ma co się zastanawiać – jadę dalej. Około 10 minut podjadę sobie ponownie autobusem 221 do Cirkewwa, skąd odpływa prom na Gozo i rejsy na Comino. Pozwiedzam okolicę i zapytam o cenę biletu na prom! Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, że to najlepsza decyzja, jaką podjęłam tego dnia…
O! Jedzie mój autobus!





Dalsza (ciekawsza z piękniejszymi niesamowitymi zdjęciami) część relacji jutro, jak tylko zgram zdjęcia :-) Część druga z wyprawy 19.lipca 2015 roku.




Teraz pikantne relacje z życia hotelowego:
W korytarzu byłam świadkiem „dyskusji” między managerem a nowym pracownikiem (kryptonim: musli). Abyście zrozumieli wszystko, muszę wytłumaczyć od początku.

Nowa pracownica to szpieg szefa-szefów. Taki zawód jak „tajemniczy klient” jest Wam znany? 
To osoba, która raportuje wszystko o wszystkim i wszystkich, co się dzieje w hotelu. Zapisuje każdego dnia, obserwuje i donosi. 
Jak dla mnie – nowoczesna wersja nazwy: SZPIEG/KONFIDENT. 
Polubilibyście kogoś takiego, kto patrzy Wam na ręce i zagląda, gdzie popadnie? 
Wypytuje, kręci, filtruje… brrr. Koszmar. Do tego jest – delikatnie mówiąc – bardzo dziwna. Oficjalnie niby zajmuje się wysłuchiwaniem skarg gości i rozwiązywaniem ich problemów. 
Ma swoje biurko przy recepcji, gdzie przesiaduje i wysłuchuje żali. 
Taka… interaktywna wersja skrzynki skarg. Gość hotelowy przeżywa swoiste katharsis („oczyszczenie”), że może się wyżalić – czuje się ważniejszy, bo słucha go człowiek, który… nie oszukujmy się – tylko słucha i na tym się to kończy w 99 procentach przypadków. 
Bo co może zrobić ta pracownica, jeśli gość narzeka, że w hotelu są karaluchy, albo że w nocy na ulicy jest za głośno i biedaczyna nie może się wyspać na urlopie?! NIC. GUZIK. 
W hotelu są karaluchy, mimo dokładnego sprzątania, bo tu jest taki klimat i otoczenie. To tak, jakby ktoś narzekał na obecność wiewiórki w parku. 

Śmieszy mnie ta jej misja, ale to tylko przykrywka, o czym każdy wie. W praktyce – konfident latający ze swoim tajnym ogromnym zeszytem pełnym codziennych donosów. Tyle o niej.

Pamiętacie moją wyprowadzkę z Magdą na parter z czwartego piętra? Rzekomo na 5 dni, na czas okupacji hotelu przez stado rozwrzeszczanych dzikich sportowców… Taaa… czułam, że to ściema. Chcieli nas wykurzyć stamtąd na dobre, bo to pokoje potrzebne w sezonie. Dostałyśmy z Magdą ultimatum – albo zostajemy, gdzie jesteśmy, albo wynocha na 5. piętro. Decyzja – ZOSTAJEMY.

Nie ma tego złego, co by na LEPSZE nie wyszło.
1.Mamy lepszą łazienkę – okazało się dopiero podczas użytkowania z niej.  
2.Mamy 3-4 razy chłodniej w pokoju, niżeli we wcześniejszym na 4. Piętrze (na 5. jest zaś sauna!).
3.Chłodniej = mniej karaluchów i komarów (o jakieś 90 procent mniej!!!)
4.Nie śmierdzi.
5.Przyzwyczaiłyśmy się do nowego lokum i jest przyjemniejsze – bardziej ciche i nie trzeba jeździć powolną jak ślimak windą.

Jedyne „minusiki”:
- TV nie działa. (Nie ważne – w życiu nie włączamy, bo szkoda czasu i nie czujemy nawet cienia potrzeby.)
- Szafa nie ma drzwi – nie ważne. Ważne, że mamy w niej „ukradzione” z poprzedniego pokoju wieszaki :-P

Innych wad – nie widzę. Wniosek: zostajemy na amen i stąd nas nie wykurzą!

Dochodzimy powoli do sedna. Sylwia dojechała jako ostatnia studentka z naszej trójcy i miała pokój sama z trzema łóżkami na 5.piętrze. Po przeprowadzce, wylądowała w podobnym 3-osobowym pokoju niedaleko nas (mnie i Madzi). Po pięciu dniach… nie miała wyboru. Przenieśli ją do hotelu po drugiej stronie i musi od wczoraj dzielić pokój… ZE SZPIEGIEM (kryptonim: musli). Tragedia! Boże, dzięki Ci, że przyjechałam tu pierwsza – CZUWASZ NADE MNĄ! Wyobrażacie sobie żyć na co dzień z konfidentem. Toż to koszmar! Decyzja odgórna – nikt nie ma nic do gadania. Musi dziewczyna zacisnąć zęby. I to mocno…

Do rzeczy. Sylwie ostatnio – tak jak ja kilkakrotnie – musiała sama serwować napoje do „kolacji”. Kolejka sięgała aż za restaurację… Pani „musli” zauważyła to i zapytała Sylwii, czy była sama za barem. Sylwia odpowiedziała tylko, że była sama. Pani Musli napisała chyba jakiś donos, że to niedopuszczalne, by Sylwia sama musiała sobie poradzić w takiej sytuacji i o to też toczył się spór, który podsłuchałam. Manager gęsto się tłumaczył, że Sylwia wcale sama nie była – rzekomo on tam był, obserwował, pomagał i czuwał. Pani „musli” stwierdziła, że Sylwia potrzebowała pomocy, a manager nerwowo mówił, by uważała, co pisze, gdyż to nie prawda, jakoby źle zarządzał grafikiem  takie tam.

Pomijając efekty dyskusji (czyli brak rozwiązania), wniosek nasuwa się sam. Sylwia ma przechlapane.
- Mieszka ze szpiegiem szefa-szefów– ja chyba wylądowałabym po tygodniu w kaftanie bezpieczeństwa.
- Inni pracownicy wiedzą, że mieszka z panią „musli” i… dla bezpieczeństwa unikają i pani „musli”, i Sylwii.
- Sylwia dużo mówi – co może obrócić się przeciwko niej przy mieszkaniu z osobą, która wszystko zapisuje.
- Sylwia nie może otworzyć okna, w nocy w łazience zgasić światła i włączyć klimatyzacji. Dlaczego? Bo pani „musli” panicznie boi się karaluchów. [*wedle niej, mogą wedrzeć się klimatyzacją i balkonem oraz przez otwór w zlewie, zaś w nocy boją się światła – stąd światło w łazience musi się palić caaaaałą noc]. Milusio. W pokoju Sylwii panuje temperatura wyższa niż w saunie… Nie jesteście sobie nawet w stanie tego wyobrazić. Pani „musli” to jak widać nie przeszkadza, a Sylwia woli cierpieć, niż się postawić. Jej wybór – ja bym tam cicho nie siedziała.
- Relacje z managerem raczej dla Sylwii niestety ulegną pogorszeniu… chociażby patrząc na zasłyszaną przeze mnie dyskusję i minę naszego managera.

Co pozostaje Basi? Może to i wredne, ale cieszę się jak cholera, że nie padło na mnie. Wasze modlitwy i „zdrowaśki” Babci Irenki jak zwykle są niezawodne. Dzięki za wsparcie, Kochani! 
Kiedy ktoś do mnie pisze, nie macie pojęcia, jak wielki uśmiech pojawia się na mojej twarzy i jaka to dla mnie niespodzianka. Nawet jedno zdanie – że czytacie, że pozdrawiacie, że ładne zdjęcie, albo ciekawy wpis… To daje siły, by wytrwać jeszcze kawał czasu na Malcie. 

Dbam o to, by ten kawał wykorzystać w pełni i jak to mówi moja mądra, piękna prawie pełnoletnia Kuzynka (której dziękuję za zaproszenie na 18-stkę) – ważne,by  nie zmarnować tej szansy, którą dał mi uśmiechnięty od ucha do ucha los.
Każdy ma takie wakacje, jakie sobie wymarzył i „skonstruował”. KROPKA.

TO BE CONTINUED…

*Kryptonim „musli” – etymologia nazwy :-P – na śniadaniu, szpieg podeszła do szefa kuchni i uszom nie dowierzyłam. Pokazując palcem na miskę z jogurtem naturalnym zmieszanym z bakaliowym musli, zapytała: „Co to jest?”
Szef kuchni – kulturalny człowiek, więc nie parsknął śmiechem – odpowiedział: „Musli z jogurtem”.
Na to szpieg: „Naprawdę? Nie jadłam nigdy czegoś takiego. Myślę, że goście hotelowi nie wiedzą, co to jest, dlatego nie jedzą. Warto zrobić karteczkę z napisem, że to jest musli z jogurtem…”
Ręce w tym momencie mi opadły, że mało nie upuściłam talerza. Od tego czasu, kiedy opowiedziałam tę sytuację dziewczynom – zamiast imienia szpiega, używamy w ramach bezpieczeństwa w  rozmowach kryptonimu „musli”. I wszystko jasne :-P

Więcej zdjęć z wyprawy jutro - są piękne! Dodam, obiecuję!
 *mam ogromne problemu z internetem. Hotel nie wykupił większego transferu, limit się skończył i kasy na przedłużenie – brak. Nie wiem, co to będzie. Szukam hotspotów, buuuu!