37.dzień. Tydzień VI. Część druga z wyprawy do Cirkewwa z 19.lipca 2015

Część II wyprawy z wolnej od pracy niedzieli z 19.lipca 2015r.
Po lekkim niedosycie plażowaniem…

Wysiadłam za tłumem turystów. Zrobiłam jeden krok od przystanku, a sprzedawcy już „zabijali się” o mnie (klienta), abym wybrała właśnie ich rejs na Comino i do Blue Lagoon.
Niektórych to denerwuje, a mnie już teraz śmieszy. W końcu – taka praca. 






Okrążyłam całą okolicę. 


Przyglądałam się, jak odpływają tłumy :-)







Cena biletu na prom w dwie strony 10 EURO.

Szybka kalkulacja:
a) wybierając się sama promem, zapłacę 10 EURO; do tego dochodzi 4 EURO za bilety komunikacją miejską – razem mam 14.
b) wybierając wycieczkę Extreme all inclusive z darmowym transportem z mojego hotelu za 17 EURO, w tej cenie mam: dodatkowe atrakcje w postaci przystanków przy najważniejszych miejscach i wysepkach przy Comino, 4, 5 h plażowania na Blue Lagoon, posiłek i cały dzień napoje, powrót łodzią i darmowy transport do samego hotelu. 

Nie zastanawiam się dłużej. W tym tygodniu rezerwuję wyprawę Extreme! Mam przeczucie, że warto. Teraz wiem, że to bardzo dobra cena.












W Cirkewwa odkryłam przepiękną plażę, którą jestem zachwycona! 


Top Madl :-)








Piaseczek, błękitna krystalicznie czysta woda. Miejscówka kameralna, niewielka, ludzi niewiele - ideał!



A jaki widok! 

Jak dobrze, że tu przyjechałam. 

W porównaniu z Mellieha – dla mnie rewelacja! Naprzeciwko hotel – muszę poszukać cen. Wspaniała lokalizacja na urlop – polecam! 






Po pierwsze: przy promie do Gozo i niedaleko do Blue Lagoon. 
Po drugie: spokojna okolica i dobry dojazd (wiele linii autobusowych kursuje bezpośrednio stąd do: Valetty, Bugibba, St. Julians i bezpośrednio na lotnisko. 
Po trzecie: przechodzisz przez drogę i smażysz się na tej cudnej plaży. Bajka!

Chodziłam dookoła, rozkoszowałam się widokami i nie miałam pojęcia, że… jestem przy jednym z najlepszych miejsc (pod względem warunków) do nurkowania! 










Na parkingu sporej wielkości panowała atmosfera podniecenia – mnóstwo amatorów nurkowania przybyło tu, aby miło spędzić niedzielę. 







Nie mogłam sobie odmówić przyjemności i poprzyglądałam się, jak to wszystko wygląda. 

Wtedy pierwszy raz zapragnęłam ponurkować. Nie wiem jednak, czy się odważę. Za bardzo się boję. Może po odpowiednim przeszkoleniu byłabym odważniejsza, ale profesjonalne nurkowanie jest bardzo drogie i – jak dla mnie – ryzykowne. 









Nie mam wzorowego ciśnienia i także z tego względu mam uzasadnione lęki. Obserwowanie jednak z aparatem w łapce jest tym, co kocham.




A oto zejście, aby nikt w płetwach (i nie tylko) nie wywinął orła :-)













Oczywiście nie zabrakło sporej grupy Polaków, którzy cieszyli się z dobrych warunków wodno-pogodowych.






Zobaczyłam punkt widokowy, na który standardowo musiałam „wleźć”, a raczej wbiec, jak to ja. 






Domyślam się, że był to Ahrax Point.
Cropson melduje – Ahrax ZDOBYTY!

Drogę powrotną zaliczam jako podwójnie udaną. 

Z jednej strony: zawsze miło jechać w sympatycznej atmosferze i autobusie z dobrą klimatyzacją. 
Z drugiej: życzliwy kierowca i współpasażerowie – to skarb. 
Jeśli jeszcze do tego dochodzą nieprzewidziane okoliczności oraz przygody – rewelacja.


Robiąc fotki w autobusie, uważałam, by kierowcy się nie denerwowali. 
Trafiłam na cudowną „autobusistkę”, która sama zaproponowała, żebym sobie stanęła przy przedniej szybie koło niej, by mieć lepszy widok! Kochana! 

Dzięki temu, mogę pochwalić się fotorelacją „autobusową” z podróży powrotnej z Cirkewwa do Bugibba (co prawda kiepskiej jakości, ale za darmo!).

Po drodze zepsuła się maszynka, która drukuje bilety pasażerom wsiadającym do autobusu. 
Pani jakieś 10 minut walczyła z nią, zaś pasażerowie nieustannie żartowali i śmiali się. 
Wyobrażacie sobie w Polsce taką sytuację? Każdy tylko patrzyłby nerwowo na zegarek, tupał nogą, wyklinał… a tutaj? 
Pani autobusistka zaczęła śmiać się do rozpuchu krzycząc pod nosem przekleństwa w języku maltańskim. Poprosiła przy tym, by pasażerowie znający język maltański… zatkali uszy, póki nie naprawi dziadostwa :-P! 
Ja odprawiałam czary nad maszynką, by zaczęła działać, czym wzbudziłam rechot pasażerów. 
Inny kompan podróży zaczął przemawiać do maszynki, by zaczęła działać.
Ktoś inny stwierdził, że maszynka strajkuje, bo dzisiaj jest niedziela i jej też się należy odpoczynek, jak Bóg przykazał. 
Cała akcja trwała jakieś 10-15 minut i była tak sympatyczna, że zapamiętam ją do końca życia. 
Kiedy dojeżdżam komunikacją miejską w Polsce – zdarzają się podobne sytuacje, ale… o nich nie chcę pamiętać. Sami wiecie – jak jest. A na Malcie? MELA.

Po powrocie do Bugibba, przeszłam się do hotelu, w którym od poniedziałku zaczynam pracę przez cały tydzień „bi-ti-ejdż” BTH. 
Po drodze spotkałam Luisa (kolega z pracy, który miał tam niedzielną zmianę). Pokazał mi wszystko, oprowadził, poczułam się pewniej. Ze spokojem mogę zacząć serwować o 13 do obiadu. Wiem, że nie działa kasa i wszystko muszę notować ręcznie. Nic nie zamykam – wszystko pootwierane, bez zamków, bez kluczy – nie moja odpowiedzialność. 
Nie moja sprawa, jak coś zginie. MELA. Ja tylko odpowiadam za kasę z recepcji, więc spoko. 
Nie mam niestety nic do czyszczenia i zmywania. Nie szkodzi. Wezmę ze sobą z mojego hotelu – porwę sprzątaczkom, bo wszystko zostawiają „na wierzchu” i każdy sam sobie bierze. 
 Zakoszę ścierkę, ręczniczek, płyn do naczyń i coś do czyszczenia – nie będą mi mówić, że na mojej zmianie było brudno. Posprzątam i będę mieć czyste sumienie. Luis się tym nie przejmuje, ale ja jestem Basia – nie Luis. Zresztą – znacie mnie… wiecie, jak jest. :-P
 ______________________________________________________

Zdjęcia z powrotu autobusem, dodam dziś lub jutro :-) 

Co do pracy w BTH. Beznadzieja! Nie ma nic! Głupiej ścierki, gdybym nie zwinęła - to bym nie miała. Wszystko się psuje. Nie mam coli, bo maszyna się zepsuła, więc muszę (to rozkaz!) kłamać gościom i dawać dietetyczną. " I tak nie poznają..." ŻAŁOSNE. Czuję się jak oszust. Luis nie przygotował nic! Nawet śmieci nie wyniósł! Na wariata nosiłam wszystko, a i tak szklanek brakło. 

Dziś przyjeżdża znowu big boss - szef-szefów. Wszyscy drżą. Ja na 12 pędzę do tej "ruiny" serwować do lunchu.  
Makabra. Zaciskam zęby coraz mocniej.
Dasz radę, Baśka!

Denerwuję się, bo przez kłopoty z internetem nie mogę pogadać z rodzicami i zamieszczać dla nich relacji na blogu, kiedy chcę. Zdjęcia (na przykład) ładują się, a tu co 30 sekund zrywa mi sieć i ładowanie od nowa...
Robię, co mogę. 
Może później uda mi się dodać coś ekstra oraz widoki z autobusu :-)

TO BE CONTINUED...

I CAN DO IT!