44. dzień intensywnego siódmego tygodnia



Spałam 6 godzin snem kamiennym, więc obudziłam się wypoczęta. Wolałam poleżeć jeszcze pół godzinki z nogami w górze niż biec na śniadanie. 

Odkryłam, że leżenie "szkitkami" do góry pozwala przetrwać moim eksploatowanym nogom. Zawsze to dla nich ulga.
Rano obfotografowałam telefonem cały pokój, by pokazać Wam, że wcale nie jest najgorzej.





We wszystkim trzeba starać się widzieć dobre strony –  szczególnie w tym miejscu – by nie zwariować.

Minusy:
-dużo czasu zajmuje dojście do pokoju na czwarte piętro,  ale przynajmniej pobiegam po schodach dla kondycji i jestem zawsze szybciej niż windą,
-mam ogromne dziury w suficie, ale za to wiatrak nad łóżkiem działa ciszej i sprawniej.

Plusy:
- pokój jest większy i nie ma w nim zapachu stęchlizny,
- sejf działa (Boże, jak ja się modliłam o pierwszej w nocy, by działał!)
- mamy zamykaną szafę i lepszy prysznic,
- spłuczka w ubikacji także lepsza niż w poprzednich pokojach,
- nowy widok na ulicę z góry z zupełnie innej strony hotelu (aby mi się rano nie znudziło wychodzić na balkon) ,
- nie jest tragicznie duszno (jak na przykład u Sylwii w pokoju na czwartym piętrze, ale w San Anton)


Podsumowując:
najpierw byłam w pokoju sama przez tydzień na czwartym piętrze w Santa Maria (główny budynek  - sektor pierwszy);
następnie przeniesiono nas na parter Santa Maria, ale w sektorze drugim,
obecnie jesteśmy w Santa Maria również w sektorze drugim, ale na czwartym piętrze.

Tułaczka trwa. Jestem niestety przekonana, że to nie ostatnia zmiana lokum. Nie mogę tego zmienić, więc musze się z tym pogodzić. Jestem już przyzwyczajona, że wszystko trzymam  walizkach. I tak mam w miarę ładnie poskładane rzeczy, a to, co konieczne (sukienki, koszule) wieszam na „kradzionych” wieszakach. W łazience mam szczoteczkę do zębów, szampon, żel, a reszta spoczywa w kosmetyczce w torbie podręcznej.

Rano zrobiłam znakomity interes. Złapałam zaprzyjaźnionych sprzątaczy, którym nigdy nie odmawiam napojów chłodzących, aby pomogli mii przywieźć piwo z magazynu. Znalazłam wózek i w trójkę przytachaliśmy piwo, aby starczyło mi na bardzo długo. Odwdzięczyłam się hektolitrami zimnej coli i butelką wody z lodówki. Teoretycznie zapłaciliby za to wszystko 9 EURO, więc i ja, i oni – ubiliśmy dobry interes. TO LUBIĘ! Trzeba sobie radzić, a ja… wreszcie sobie radzę! Kto kombinuje – ten żyje.

Nie wiem, co się stało, ale dzisiaj nic mnie nie boli. Tryskam optymizmem, mimo że rano od 8:45 noszę lód do zamrażary, kartony z wódką, malibu, likierem. Przyniosłam nawet chrupki, puszki piwa, mimo że inni nie dbają o to, by mieć w lodówce, gdy klienci jednak będą chcieli kupić (rzadko się zdarza, ale ostatnio coraz częściej). Uwielbiam pracować wśród ludzi. Nie znoszę siedzenia przed komputerem i braku rozmowy z innymi. Pogawędki z gośćmi sprawiają, że czas w pracy szybko leci.
Niektórzy ludzie są przemili. Ja również staram się być dla wszystkich bardzo miło. Chodzę uśmiechnięta, więc uśmiech zwykle do mnie wraca. Sympatia gości jest ważna, a dodatkowo – przyjemnie, kiedy szefostwo mówi, że „mnie lubią”. 

 Ostatnio jednak miałam nieprzyjemną sytuację z pewnym wrednym, chamskim i pedantycznym klientem. Serwowałam w pubie Molly w San Anton przed północą. Mamy jednego durnego gościa, który pozwala się obsługiwać tylko mojemu koledze Luisowi. Dziad jest na tyle arogancki, że wyrwał mi z rąk szczypce do lodu i sam zaczął sobie robić drinka! Co za paskuda! Bezczelnie zachowuje się wobec wszystkich innych pracowników, więc nie przejmuję się nim. Zawsze zamawia drinka „Black Russian” i ma facet pewne natręctwa: najpierw musi być jedna (foremna!) kosteczka lodu, następnie troszkę likieru kawowego, potem wódka i dopełnienie w postaci coli. To taki typ, jak w „Dniu Świra”, który liczył ile razy zamieszać swoją kawę i w którą stronę. No nic… Przeżyję i jego humory.

Jutro mam zmianę od 17 do 1 w nocy. Dziś padam ze zmęczenia, ale mam satysfakcję, że dzielnie przetrwałam już 44. dzień. Ależ się dzisiaj wyśpię!

Miałam ostatnio „spięcie” z Sylwią. Chciałam jej pomóc, ale ona tego nie doceniła i jeszcze się obraziła. Gryzło mnie to, ale wiedziałam, że racja jest po mojej stronie i zgodnie z radą mojej mądrej Mamy, wytłumaczyłam jej swój punkt widzenia. Podziałało – choć nie od razu. (*Mamo! Sylwia sama przyszła mnie przeprosić!). Uściskałam ją i wbrew swoim dawnym nawykom „palenia za sobą mostów”, puściłam wszystko w niepamięć i wszystko jest w porządku. Bardzo zmieniłam się w ciągu tego roku, jeśli chodzi o relację z innymi. Jestem bardziej wyrozumiała. 
Ludzie popełniają błędy. Ja również popełniam mnóstwo i wybaczam teraz nie tylko innym, ale i sobie. To milowy krok w moim życiu, które staje się coraz piękniejsze. 
Wreszcie jest takie, jakie chcę! 
Bo to ja jestem jego architektem. 
Ode mnie w dużej mierze zależy, jak mija każdy dzień i z jakim nastawieniem go witam.

MELAAAA :-P :-)


 TO BE CONTINUED...