46 dni za mną i 46 przede mną - przygoda to moje drugie imię



Magiczne 46 dni. Dokładnie tyle samo za mną, ile przede mną na Malcie. :-)
Życie pisze najlepsze scenariusze. Przekonuję się o tym na każdym kroku. 
To, co wczoraj (i w sumie dzisiaj) się działo, to najlepszy dowód na to, że życie potrafi zaskakiwać i jeszcze nie raz się o tym przekonam. 
Nie uwierzycie po prostu, co mi się przytrafiło!
Osoby o słabych nerwach proszę, aby dla własnego dobra skończyły czytać moją relację na tym zdaniu.
NIEWIARYGODNE!


Pisałam, że pierwszy raz będę sama otwierać i zamykać Molly Irish Pub. 
Miałam zacząć od 17, a zamknąć kasę o 1 w nocy. W pubie był taki (za przeproszeniem) syf, że zaczęłam przygotowania do pracy zaraz po obiedzie o 14:45! Najpierw posprzątałam tam porządnie (miliony plastikowych kubków, obklejone stoliki, słomki walające się absolutnie wszędzie, papierki po chipsach, słodyczach, butelki…). 
Następnie zrobiłam sobie listę rzeczy, które muszę przytachać sama i te, które muszę wybłagać, by ktoś mi pomógł przenieść z magazynu (czytaj: piwo i butlę Fanty). 
Zrobiłam chyba z 11 kursów. 

  • Worki z lodem (by mieć ogromny zapas w razie nawałnicy gości), 
  • słomki (dziewicze ogromne opakowanie). 
  • Ukradłam środek do czyszczenia i serwetki, ścierkę. 
  • Przytargałam trzy potężne kartony (większe ode mnie) kubków w trzech rozmiarach.
  • Przygotowałam wszystkie alkohole i rzeczy na sprzedaż. 
  • Włożyłam też do zamrażary "Heinekeny" i kilka innych napojów, bo kiedy klienci przychodzą, to chcą kupić schłodzone. Lodówki niestety od dawna są popsute, więc postanowiłam potrzymać kilka puszek na wszelki wypadek w zamrażarce.                                                                                                                          

    Bardzo dobrze, że akcję przygotowawczą zaczęłam tak wcześnie – dzięki temu, na spokojnie od piątej mogłam rozpocząć bez większego stresu mój wieczór w Molly. Sprawę przytargania piwska z magazynu załatwiłam sprytnie kuszącą propozycją. Poszłam do kolegi, który pracował od 9:30 w Santa Maria i w zamian za to, że on poszedł do magazynu po moje zamówienie, ja serwowałam za niego przy basenie. Proste.

Sama musiałam rozkminić wszystkie włączniki maszyn, świateł, pomp, co zajęło mi jakieś 20 minut przed godziną piątą. Otworzyłam punktualnie zgodnie z grafikiem zwarta i gotowa. 
Wiedziałam, że całą zmianę będę sama i skazana tylko na siebie. 
Nikt nie pomoże. 
Wzięłam głęboki oddech. 
Zebrałam całą swoją odwagę i ubrałam skafanderek „udawanej” pewności siebie.
„Co będzie, to będzie, a jak już będzie, to trzeba się z tym zmierzyć”.

Przez pierwszą godzinę było spokojnie. Gromada rozwrzeszczanych dzieciaków okupujących stół bilardowy i przybiegających co chwilę po bezalkoholowy koktajl „San Francisco”. 

Później pojawiali się różni klienci – w tym dwie polskie rodziny (obecnie mieszkające chyba za granicą). Pogadaliśmy. Sympatyczni ludzie. 

Ludzi było coraz więcej. Obsługiwałam na okrągło. Zaczęło się lekkie szaleństwo. Podchodził do mnie jeden klient już mocno wstawiony i za każdym razem wołał podwójny likier z rumem. Wszystkich surowo obsługiwałam wedle zasad „dwa drinki na osobę” za jednym podejściem. 
Skoro te klient brał podwójny likier i na dodatek z rumem, to jakby nawet więcej niż dwa drinki. Podszedł do mnie już mocno napity i do swojego standardowego zamówienia chciał jeszcze dwa wina (tylko dla siebie, był SAM, bez żony i znajomych). Odmówiłam. Przeprosiłam grzecznie tłumacząc regułką „only two drinks per person” – tylko dwa drinki na osobę. 

Facet nie mógł się pogodzić, że taki ktoś jak ja będzie mu dyktował warunki i zaczął się stawiać. Ja zaś ucięłam dyskusję i obsługiwałam cierpliwie kolejkę gości przy barze. Kolejna osoba zamówiła dwa drinki, które zaczęłam przygotowywać. Zniesmaczony i wkurzony facet stał cały czas w tym samym miejscu (poza kolejką) ze swoim rumem. 

Wiecie, co ten kretyn zrobił? 

Celowo, z premedytacją i żałosnym uśmiechem na ustach wylał mi swojego drinka na bar. Klejący likier rumowy lał się z dwóch stron blatu, zalał mi wszystkie butelki i kolejne drinki, które szykowałam innym. CHAM zalał też podłogę i głośno przy wszystkich klientach powiedział: "UUUUUUPS"! I to był jego błąd. Klienci wiedzieli bowiem, co jest grane. Domyślili się, że zrobił to celowo. 

Co na to Basia?

Zupełnie spokojnie zaczęłam sprzątać. Nie spieszyłam się już ani trochę. Przede mną i rozlanym bajzlem nadal w tym samym miejscu stał chamski klient. Nie utrzymywałam z nim żadnego kontaktu wzrokowego. Ze spokojem, ale zdecydowanie i sprawnie odsunęłam wszystkie obklejone butelki i wycierałam zalany blat oraz podłogę. Miałam w głowie tylko:
1. Nie okazywać żadnych emocji – jedynie obojętność i pewność siebie – tego, że mam rację.
2. Kto się śmieje, ten się śmieje ostatni. Dobrze wiedziałam, że ja jestem „władcą baru” – ja serwuję i TEGO PANA JUŻ NIE OBSŁUŻĘ, choćby mnie mieli wywalić z hotelu. To nie ja dzisiejszego wieczoru już nic nie wypiję, tylko ten kretyn. Byłam górą! Ja dyktuję warunki.
3. Inni klienci wyrozumiale patrzyli, jak dzielnie sprzątam. Nikt nie wywracał oczami i nie wyrażał zniecierpliwienia, że musi czekać, aż sprzątnę. Przeciwnie! Podziwiali, z jaką determinacją i „zimną krwią” oraz stoickim spokojem się zachowałam. Komentowali, że: „świetnie sobie radzę z chamami”.

Owy cham, dalej stał i myślał, że będę musiała go w końcu obsłużyć. Ja jednak nie spojrzałam na niego. Był dla mnie powietrzem i to go rozwścieczyło. Zaczął mnie obrażać na głos i awanturował się, że chce imię mojego managera. Ja zaś grzecznie i z uśmiechem od ucha do ucha serwowałam gościom zgodnie z kolejką i wedle zasad. 

No i stała się rzecz niesłychana. 

Podszedł ten klient, o którym pisałam ostatnio – ten pedant, który nie dawał się nikomu obsłużyć i wyrwał mi szczypce do lodu, by sobie samemu zrobić drinka. Stał w kolejce z kolegą i zamówił dla siebie i dla niego, czyli łącznie cztery drinki. Grzecznie podałam, zaś cham przede mną komentował, że „miały być dwa drinki na osobę, a ja serwuję cztery” i wściekał się dalej o imię managera. 

Wyobraźcie sobie, że ten pedantyczny klient wstawił się w mojej obronie ze swym kolegą. Zaczęli się kłócić z chamem, że dwa drinki są dla niego, a dwa kolejne dla przyjaciela i że wykonuję swoją pracę znakomicie. 
Powiedzieli, że Barbra nie obsłuży chama, bo:
- jest zbyt pijany, 
- stoi poza kolejką, 
- jest chamski i bezczelny, 
- pozbawiony kultury i... zaraz się doigra. 

Zaczęli bronić mnie jak lew. Ja powiedziałam do chama jedynie, że nie obsługuję poza kolejką, a jak ma zażalenia to proszę kierować do mojego managera Lee (czytaj: Li). Ja więcej Pana nie obsłużę.KROPKA.

Wiecie co było dalej? Nie tylko wygrałam bitwę, ale też wojnę! 
Moi obrońcy poszli bez mojej wiedzy do szefowej oraz managera i opowiedzieli całą sytuację, podczas gdy ja dalej jak gdyby nigdy nic wykonywałam swoją pracę. 

Manager przyszedł do pubu. Gadał z chamem. Obserwowałam to kątem oka. Usłyszałam, że mój manager powiedział, że jeśli takie jego zachowanie się powtórzy, nie będzie obsługiwany i może zostać wydalony z hotelu. Pijany cham ledwo stał na nogach i robił dookoła siebie taki chlew (celowo), że nie sposób Wam tego opisać. Manager gdzieś zniknął, ale wrócił niespełna dwie godziny przed zamknięciem pubu. Zaczęłam mu opowiadać wszystko moim słabym angielskim, ale on w sumie mi przerwał z uśmiechem i powiedział, że wie wszystko. Chwalił, że jestem silna, dzielna i że zachowałam się niesamowicie. Moi obrońcy siedzieli naprzeciwko baru. Gadali z managerem aż do zamknięcia, ale najlepsze było to, że w ramach podziękowania miałam przyjemność serwować im wszystko, co chcą… za darmo! Jakaż to była przyjemność , kiedy oni ciągle podchodzili i mnie chwalili, jednocześnie ciesząc się, że za pomoc, którą mi dali, mogli delektować się alkoholami z najwyższej półki wedle rozkazu szefostwa hotelu. 
 Do końca jednak pokazali klasę i wypili niezbyt dużo – nie rzucili się jak jakieś sępy, tylko woleli porozmawiać i popijać kawę z brandy. 

To było coś pięknego! Podziękowałam też szefowej za wsparcie i powiedziałam, że klient był dla mnie na tyle chamski i rzucał wyzwiskami, że może warto by było zabrać mu przywilej „all inclusive”. Szefowa powiedziała, że jutro to zrobią, tylko muszą zlokalizować, który pokój zajmuje ten dziad.
Tak wygrałam WOJNĘ!




***
Koło północy przyszła Sylwia, która powiedziała, że poczeka na mnie, byśmy razem pojechały do Paceville na imprezę. Kochana! Wszyscy kończyli wcześniej pracę, a ja – jak na złość! – miałam klientów do godziny 1:06. Wtedy dopiero skończyli kupować i z utargiem ponad 200 EURO chciałam biec tylko do recepcji i szybko zdać zysk do sejfu. Sylwia wcześniej wyniosła mi śmieci, a ja posprzątałam wszystko i wyczyściłam maszyny oraz ogarnęłam pub. Moi obrońcy do końca plotkowali sobie z Lee. 

Już biegłam do recepcji z utargiem, kiedy manager stanął mi na drodze. Spieszyłam się, bo Sylwia zamówiła transport (busik Feliksa) i miałam kwadrans na wyszykowanie się na imprezę, ale on musiał ze mną pogadać. Była to przemiła rozmowa o tym, jak uczę się być silna, po czym kazał mi zamknąć oczy oraz podać rękę. Dostałam napiwek w postaci 20 EURO (domyślam się, że od obrońców)!!! Łącznie podczas samotnej zmiany w pubie zgarnęłam ponad 25 EURO. Nie miałam wątpliwości – IDĘ W TANGO! Lecę z Sylwią zabalować. 

Godzina 1:40 jechałyśmy już "wystrojone" busem Feliksa na clubbing. Pojechał z nami Jose (Hiszpan z recepcji, czytaj: Hoze). Transport był nieco szalony, ale przyjemny. Ograniczenia prędkości jakoś Feliksa nie dotyczyły. Małe okienka w busiku okazały się zbawieniem – wiatr we włosach i jedziemy! Feliks wozi ludzi do Paceville jak większa taksówka, ale za jedyne 2 EURO w jedną stronę. Podwozi cię tam, gdzie chcesz, ale są pewne przystanki charakterystyczne, gdzie się zatrzymuje, kiedy ktoś po niego zadzwoni. Świetna sprawa, biorąc pod uwagę, że za zwykłą taryfę trzeba zapłacić 25 EURO! 
Fotki z Paceville słabym aparatem z telefonu. Następnym razem fotorelacja lustrzanką :-) Pokażę Wam największą imprezownię na świecie :-D Nie mogę się doczekać.


Jak było? SUPER. Byłyśmy w różnych klubach. Najbardziej mi odpowiadały rytmy salsy, ale w sumie każde miejsce miało jakiś urok. Spotkałyśmy mnóstwo kolegów i koleżanek z pracy i podłączyłyśmy się do Eli, Patrycji (dziewczyny z Polski, które pracują w tym sezonie w restauracji), do Moniki oraz „nowego” Jose (którzy pracują z nami w barze). Patrycja i Ela były dodatkowo z Asią (przyjechała na Maltę do pracy w innym mieście i hotelu). Asia jednak przesadziła z alkoholem i selekcjoner nie wpuszczał jej do baru. Wypad skończył się tym, że z Sylwią i Jose z recepcji wróciłyśmy z Feliksem koło szóstej nad ranem. 

Potańczyłam, pobawiłam się i wiem, że będę tu przyjeżdżać tak często, jak to możliwe. Chcę odwiedzić tu wszystkie „imprezownie”. Sylwia jest „za”, więc mam towarzyszkę. Wstępy w większości nie są dla kobiet płatne, więc 4 EURO za transport w dwie strony to jak wycieczka autobusem. Jestem zadowolona, że pojechałam po raz pierwszy i podobało mi się. 

Wstałam koło 11. Umyłam głowę, zrobiłam pranie. Poszłam na pyszny śniadanio-obiad. Pieczona cukinia z sosem „barbecue”, ryba w pomidorkach koktajlowych z ziołami i sałata lodowa z warzywkami. Na deser melon z arbuzem. Po prostu niebo w gębie.
(* na marginesie: wczoraj Polacy znów narzekali mi w barze: 
„Jak sobie dajesz radę tu z jedzeniem w tym hotelu?!! Przecież tu nie idzie nic zjeść!” 
Ręce mi opadają. 
Nikt konkretnie nie potrafi mi wytłumaczyć, co mu się nie podoba, tylko narzeka! Na co? Nie wiem. Co tacy ludzie jedzą, skoro tu mają do wyboru przy każdym posiłku: makaron, ziemniaki, frytki, ryż lub kuskus, a do tego: dwa rodzaje mięsa, ryba, ser, warzywa, owoce, lody, desery, pieczywo, sosy…?! 
Co można innego jeść na obiad, bo ja nie rozumiem?! 
Codziennie w domu jedzą homara oraz kawior? O co tu chodzi? 
Czy to ja jestem z kosmosu, czy ich pogięło?)

Dziś mam OFF-a. Odsypiam. Lenię się. Delektuję. Jest cudownie. Jest pięknie. Po obiedzie poszłam do Santa Maria odwiedzić Jose (Hose – nowy Hiszpan w barze, był z nami w Paceville i nie wiem, o której wrócił, skoro miał na 9:30 do pracy). Zlitowałam się nad biedakiem i wygoniłam go na obiad. Serwowałam za niego, kiedy poszedł zjeść. Nie wiedział, że może zrobić tak, jak my, czyli wziąć talerz i sobie przynieść. Wykorzystał mnie na maksa, bo zniknął na jakieś pół godziny, podczas gdy ja podawałam za niego koktajle. Mam przynajmniej pretekst, by pomógł mi następnym razem coś przytachać z magazynu, na przykład jakieś beczki piwa. :-) :-D

Ile przygód za mną, a ile przede mną? 
Nie wiem, ale nie mogę się odczekać! 
46 dni wrażeń minęło, a kolejne 46 czeka, by się wypełniło to, co mi pisane. 


JUST LET IT BE. JUST LET IT HAPPEN – ten napis ma wytatuowany na ręce Sylwia – moja współlokatorka.
Tak też kończę dzisiejszy wpis.

Silniejsza, odważniejsza. Coraz bardziej pewna siebie.
CROPSON się nie poddaje.

TO BE CONTINUED…