Dzień 39 tygodnia VI. Never don't give up. Never!



Niestety jest coraz gorzej. W pracy mamy szczyt sezonu. Nawałnica taka, że jest to nie do ogarnięcia dla tak niewielkiej liczby pracowników. Upał wykańcza i ludzi, i… maszyny. Wszystko się psuje na potęgę z powodu (często) przegrzania. Słoneczko jest cudowne, ale teraz (zdaniem niektórych) przesadza. 

A tu śpię :-)

Ciężko pracuje się również w takim skwarze, a ludzie przychodzą po picie dosłownie co sekundę – kolejki się nie kończą. Zyski coraz większe, ale… za cenę ciężkiej harówy pracowników hotelu. 


Współlokatorka była u lekarza. Ma zwolnienie do końca tygodnia. Jakaś infekcja powiązana z gardłem. Sądzimy, że angina. Wyobraźcie sobie, że tu przy każdej aptece przyjmuje lekarz! Wizyta 10 EURO w przypadku koleżanki. Dostała antybiotyk i jakieś leki sterydowe, których nie można łączyć z nabiałem. Musi też pić wszystko, co jest bez barwników. Pozostaje chyba tylko woda. Kiedy brak jednego pracownika – odczuwa to cały zespół. Grafik jest tak zawalony, że każdy pracuje więcej.
Jestem zmęczona. Wykończona. Śpię, kiedy tylko mam chwilę. Nawet w dzień. Dziś trochę odespałam (ponad 9 godzin! rekord!) i czuję się lepiej. Silniejsza, żywsza. Najgorzej bolą ręce i nogi. Ręce – od dźwigania. Nogi – od stania. Głowa zaś – od upału i hałasu oraz trosk.
Przeżyjemy! Przetrwałam już z dzisiejszym dniem 39! Szósty tydzień zmagań trwa. Co to dla mnie jeszcze 54 dni?! Muszę przetrwać. Września w sumie (ostatnich dwóch tygodni) już nie będę teraz liczyć, bo zleci najszybciej. To będzie już czas zakupów prezentów, organizowania transferu na lotnisku, biletów, pakowania, załatwiania formalności i spełniania pragnień. Na to czekam najbardziej.

Dziś pracuję od 13-15 i od 18-24. W praktyce: od 11:30/12 - 15:15 i od 17-24:15.
Muszę zwinąć z jednego hotelu kubki do drugiego, ścierki, ręcznik... ŻAŁOSNE. Trzeba sobie radzić. 

Specjalnie zrobiłam sesję w drodze do pracy pt. spacerek uliczkami Bugibba :-) To właśnie mijam, kiedy śmigam do roboty. Fajnie poobserwować, jak ludzie organizują sobie swoje domki i przestrzeń przed posesją. 



















































A co to takiego? Tuż pod nosem, gdy biegnę do pracy?

Tuż koło mojego hotelu jest największe kino w okolicy!


























Kocham palmy!

Specjalnie z myślą o Babci Halince, która uwielbia kwiatki i wszelkie roślinki (sama dodaje zdjęcia ze swego ogrodu robione telefonem, które są tak piękne, jakby robione dobrym aparatem!). Babciu - dla Ciebie i Mamy garść tego, co zielone i soczyście barwne na Malcie. 



A to na żywo wygląda jak sztuczny kwiat!

















TO BE CONTINUED... 
Jutro dzień wolny, odpocznę!