Spokojne rozpoczęcie IV tygodnia - dzień 22. na Malcie



Zaczynam czwarty tydzień. Nie wiedziałam, że dziś jest poniedziałek! Zapomniałam! Dni nareszcie zaczynają pędzić. To wszystko dlatego, że powoli dochodzę do wprawy, oswajam się ze wszystkim i akceptuję rzeczy, na które nie mam wpływu.
Dawniej nie tolerowałam niczego, co „nie szło” po mojej myśli. Miało być tak, jak JA chcę. Egoizm do kwadratu. Wszystko, co mi nie pasowało – denerwowało mnie i na siłę chciałam to zmienić. Na niektóre sprawy nie mamy jednak wpływu i trzeba się z nimi oswoić, a następnie pogodzić. Zamiast tracić energię na wyładowania złości warto pomyśleć logicznie i zająć się czymś konstruktywnym, na co wpływ mamy. 
Widok przez okno - :-) dziś serwowałam przy tym basenie

Nie mam na przykład wpływu na to, że w środę przybywa do nas bodaj 200 osób (mała szkoła chyba z Włoch – wiek gimnazjalny) i przez to być może będę musiała (jak reszta pracowników) spakować manatki i na czas ich pobytu przenieść się do innego hotelu. Z czwartego piętra Santa Maria przeflancowana zostanę GDZIEŚ do San Anton. Nie znoszę pakowania i opuszczania miejsc, do których przez trzy tygodnie przywykłam, ale… co zrobić? Mam jakieś wyjście? Pan każe – sługa musi. Chodzi o to, że taka grupa szkolna powinna być ulokowana w jednym miejscu, zamiast być „rozsiana” po całym ośrodku. Pozostaje zacisnąć zęby i zaakceptować stan rzeczy. Złość tu nic nie pomoże.

To, że muszę zmagać się z buractwem i chamskimi klientami to norma. Każdy, kto pracuje w handlu czy usługach doskonale wie, że co by się nie działo, należy być do bólu miłym, uprzejmym, wyjaśnić klientowi RAZ, a jak nie rozumie, to odesłać do szefa. Broń Boże nie reagować na chamstwo chamstwem, nie dać się ponieść emocjom, zachować stoicki spokój i… należy być DOBRYM. Po raz kolejny udowodnię Wam, że DOBRO WRACA i… na dodatek – SIĘ OPŁACA!

Wczoraj miałam straszliwych klientów. Oszczędzę szczegółów – mniejsza o nie. Zwyczajny koszmar. Zastosowałam sprawdzone patenty:
1.       Zapytaj, co chcą.
2.       Jak nie rozumiesz, poproś, by powtórzyli (tyle razy, aż zrozumiesz).
3.       Z uśmiechem podaj to, co zamówili, dodając proszę/dziękuję bardzo.
4.       Nie wdawaj się w żadne dyskusje – ewentualnie krótko odpowiedź uprzejmie na pytanie i zajmij się jak najszybciej następnym klientem lub polerowaniem blatu, aż delikwent odejdzie.
5.       Jeśli jest natrętny, unikaj kontaktu wzrokowego po obsłużeniu i (jak wyżej) udaj, że masz niebywale ważną misję wyczyszczenia ekspresu do kawy.
Procedury zastosowałam. Opłaciło się. Na koniec, Ci straszni klienci (brrrr!), dali mi NAPIWEK. Chyba najwyższy jak dotąd! Powiedzieli, że za miłą obsługę i moje piękne kolczyki.
DOBRO WRACA I… SIĘ OPŁACA. Dosłownie i w przenośni!


Wczoraj kolega z pracy (około 27 lat) obchodził urodziny. Nie miałam ani pomysłu, ani funduszy na prezent. Nie zawsze przecież liczy się zakup czegokolwiek. Liczy się gest i pamięć. Uznałam, że oryginalnym prezentem będzie zaśpiewanie mu STO LAT… po polsku. Dla obcokrajowców język polski brzmi podobnie enigmatycznie jak dla nas język chiński. Moja serenada była głośna, wyraźna, przy klientach w pubie, (co wzbudziło podziw) i zabrzmiała jak (cytat->)„świąteczna piosenka”... Koledze bardzo się podobało i dziękował ze szczerym uśmiechem, zatem cel osiągnęłam. 

Trzy tygodnie pobytu na Malcie, a przyznam się szczerze, że „zżyłam się” z niektórymi już na tyle, że będzie brakowało mi ich po powrocie. Są tu doprawdy genialni ludzie – przesympatyczni, dowcipni, pomocni… Uśmiech zaś, to „międzynarodowy język”, który łączy – tu nie potrzeba słów. Jeśli dodasz otwarte gesty, łagodną mowę ciała, to porozumiesz się z każdym (mimo barier i mimo różnych znaczeń czy brzmień poszczególnych słów). Z Włochami daję radę na migi. Z Niemcami – po niemiecku, dzięki dobrym podstawom w liceum. Pani Wolniak i Pani Lucyna byłyby dumne, że sobie radzę – swoją drogą – świetne nauczycielki, jeśli ktoś chce się nauczyć języka, a nie tylko zdać do następnej klasy.

Po angielsku – jakoś daję radę. Nie boję się próbować. Gadam coś tam po swojemu, dukam, mieszam czasy, a mimo to – jakoś mnie rozumieją. Nikt się nie śmieje, więc poziom odwagi, by mówić wzrasta z każdym dniem. Osłuchuję się i… co najciekawsze, kiedy się denerwuję… czasem wymsknie mi się przekleństwo, ale… PO ANGIELSKU! To dla mnie coś nowego. Kiedy otaczasz się obcym językiem, zaczynasz myśleć w tym języku. TO PRAWDA! Myśli biegną wokół słówek po angielsku nieświadomie, utrwalają się w głowie i zostają na dłużej. Nie ma lepszej metody nauki niżeli wyjazd z kraju i życie pośród użytkowników języka obcego, który chcemy opanować. Wyjazd na Maltę nie nauczy mnie mówienia pięknym językiem angielskim – nie, nie! Nie ma złudzeń. Nie po to zresztą przyjechałam. Przełamanie bariery językowej – oto cel, który chciałam osiągnąć i wszystko idzie w dobrym kierunku. Słownictwo zawsze można poszerzyć, gramatykę wykuć, ale LĘK PRZED MÓWIENIEM pokonasz tylko wtedy, kiedy zmuszony jesteś MÓWIĆ. I tylko tyle. Codzienne sytuacje wymagają ode mnie kontaktu z ludźmi. Chcę coś, to muszę poprosić. Coś mi nie wychodzi, muszę wyjaśnić. Pragnę porozmawiać z ciekawym człowiekiem, trzeba się odważyć i zacząć dyskusję. O to właśnie chodzi – o używanie języka. Wszystkich będę zachęcać do wyjazdu do kraju, którego język chcą opanować. Nie ma innej opcji. Mało tego – język, którym posługuje się pewna społeczność to skarbnica informacji o kulturze, zwyczajach i spojrzeniu na świat tej społeczności.
*Na marginesie: tak bardzo kocham „roztrząsać” językoznawcze kwestie, że będą w sumie ważną częścią mojej pracy magisterskiej. Jak już pisać – to pisać o czymś, co nas interesuje, a nie o byle czym. Praca nie jest wtedy istną katorgą... prawdopodobnie. 

Pamiętacie, kiedy pisałam o tajemniczym pomieszczeniu i „odkrytym” wielkim niebieskim barze, o którym istnieniu nie miałam pojęcia? Jako że wstaję wcześnie rano (zawsze byłam i pozostanę „rannym ptaszkiem”), to mam pewne przywileje. Mogę poszwędać się po hotelu, zajrzeć tam, gdzie w późniejszych godzinach zaglądnąć już nie tak łatwo, przyczaić się, poobserwować to i owo. Pewne pomieszczenia są sprzątane wczesnym rankiem, więc bywa, że pozostają jakiś czas otwarte. Tym sposobem dzisiaj porobiłam specjalnie dla ciekawskich (czyli takich jak ja :-P) fotki tego tajnego baru w odcieniach blue. 







Otwarcie zaplanowane na środę. Manager osobiście ma serwować w dniu otwarcia. 

Szczęście mi dopisało. Grupa szkolna, o której pisałam (około 200 osób albo więcej), przyjeżdża w środę (chyba wieczorem). GENIALNIE! Co to oznacza? Tylko (i aż) tyle, że Basia ma wolny czwartek i piątek! W czasie największego oblężenia mam OFF’a! Mój Anioł Stróż czuwa.

Ten tydzień – zleeeeeci.
*Czeka mnie przeprowadzka do innego hotelu,
*najazd „ukochanych młodych gniewnych ludzi” z Włoch,
*otwarcie nowego baru,
*otwarcie restauracji,
*pożegnanie kolegi Jose (czytaj: Hoze) w niedzielę (o czym napisze więcej niebawem),
*czwartkowo-piątkowe zwiedzanie Malty (!)…

Wiadomość z ostatniej chwili:
muszę dziś pakować manatki. Jutro rano pracownicy przeniesieni będą na okres 5 dni w inne miejsce. 
Mówi się trudno. Oby nie było karaluchów. Niczego więcej nie oczekuję :-) No może jeszcze ciepłej wody mi potrzeba :-)

TO BE CONTINUED...