26 dni do końca, czyli... jak przetrwać SAJGON



Naprawdę tęsknię już za domem. Niby wszystko układa się pomyślnie, ale już bardzo długo nie widziałam bliskich i chciałabym znaleźć się w domu.


Grafik na kolejne tygodnie aż 6.września wygląda w miarę przyzwoicie (manager był łaskawy), ale wszystko może się zmienić – nie znamy dnia ani godziny. Wszystko zależy bowiem od bieżących rezerwacji hotelowych i od tego, czy w przyszłym tygodniu zamknięta zostanie już jedna z restauracji (Santa Maria). 

Pokrótce wytłumaczę. 

W hotelu Santa Maria jest basen i bar przy basenie oraz restauracja. Restauracja ta, funkcjonuje właściwie tylko w czasie „high of season” (lipiec-sierpnień), gdzie wydawane są śniadania i obiadokolacje (bez lunchu – mało kto wykupuje lunch od 12:30 – 14:30 – wolą zjeść coś „na mieście”). W Santa Marii obecnie dzień wygląda tak, że od 7:30 do 10:00 w restauracji jeszcze podają śniadania, ja zaś od 10:00 do 18:00 serwuję drinki przy hotelowym basenie z pomieszczenia jakby „doklejonego” do tej restauracji. O 18:00 zamykam okienko przy basenie i mam pół godziny, by przygotować wszystko do serwowania napojów w czasie obiadokolacji „wewnątrz” – czyli w restauracji – do 20:30. Potem sprzątam, zamykam kasę, zdaję utarg i około 21:15 jestem wolna, jeśli mam zmianę właśnie w St.Marii.

W San Anton mamy Molly Pub, restaurację i basen przy restauracji. W restauracji serwuje się z dwóch stron: napoje do posiłków i drinki na zewnątrz od strony basenu – JEDNOCZEŚNIE. Wygląda to komicznie, bo są dwie różne kolejki z dwóch stron i trzeba ogarniać dwie naraz, co jest często niewykonalne dla jednej osóbki. Jeśli ktoś ma zmianę w San Anton, to może to wyglądać tak, że:
- albo jest tam od 9:30 do 18:00 (jeśli strajkuje, bo jest pracownikiem i nie ma zamiaru zostać do 20:30 * tak to obecnie wygląda)
- albo jest tam od 9:30 do 20:30, bo lituje się i zostaje pomóc serwować jednej osóbce przy kolacji,
- albo jest tam od 13-15 i od 18-24.

Sytuacja nie wygląda dobrze. 
Pracownicy (ci, którzy nie są na praktyce tak jak ja, tylko normalnie pracują za chyba 4,75 EURO za godzinę) strajkują i nie zostają na kolacji w San Anton (bo mają za nadgodziny ponoć stawkę 1 EURO – więc nie ma się co dziwić). 
Pracy jest za dużo – pracowników za mało.  

Być może w następnym tygodniu zamkną restaurację w Santa Marii i wtedy będę miała problem, bo mój grafik to głównie zmiany właśnie tam. Wówczas będę pracowała „z doskoku”, czyli… rzucą mnie tam, gdzie akurat będę potrzebna. Nie da się niczego przewidzieć. Wszystko w rękach (a raczej rezerwacjach) gości hotelowych i ich zainteresowania. Nie ma co „gdybać”. Co będzie, to będzie. Nie zamartwiam się na zapas.
Jeśli czymś się mogę przejmować, to tylko tym, że dziś mam jedną jedyną zmianę w durnym San Anton. Oczywiście to właśnie DZIŚ musi przyjechać tu BIG BOSS (szef) i skontrolować to i owo. 
Modlę się, by jednak coś mu wypadło, bo bar w San Anton jest w stanie „klęski żywiołowej”. Kosmos to mało powiedziane. Nie dość, że pustki, to jeszcze wszystko popsute, brudne, lepiące – FUJ. Nie wspomnę, że mam tam klaustrofobię w tej klitce.

Pracuję dziś od 13-15 i od 18- 24. Nie znoszę tej zmiany. W czasie lunchu będzie ze mną pracownik, który pracuje od 9:30 do 18 (i strajkuje, nie chce zostać na kolacji). Niestety – w czasie obiadokolacji będę już sama zmagać się z kolejką z dwóch stron. Miałam iść na plażę rano, ale wpadłam na pewien pomysł. Pracownik, który strajkuje, często pali papierosy. Chcę mu zaproponować, że będę mu pomagać w ciągu dnia (dostawy, przerwy na fajkę i jedzenie), ale w zamian za to, on zostanie ze mną podczas kolacji, abym bez stresu przeżyła ten sajgon z dwóch stron.  

Jeśli się zgodzi, jest szansa, że przeżyję ten dzień i wizytację szefa.
Jeśli nie – pakuję manatki i w nogi (żarcik :-P)!

Za dużo już „za mną”, aby przed metą skapitulować.
Tyle razy sama sobie dawałam radę, że i tym razem jakoś pokonam trudności.

Boże, dodaj sił.
Trzymajcie kciuki. Byle do północy :-P

Potem… z górki! Jutro Santa Maria (co prawda od samego rana, ale już wolę to, niż klaustrofobię w San Anton :-).

TO BE CONTINUED… I hope so…

PS Kolega uczy mnie hiszpańskiego! Bardzo przyjemny język!  Muszę go w najbliższym czasie opanować! Koniecznie.

Mogę mieć problem z prowadzeniem bloga i kontaktem, bo hotel znowu nie wykupił dostępu do wi-fi czy jakoś tak i zakradłam się (póki niema szefa) do biura. Stąd pośpiech. Za błędy w tym poście przepraszam. Brak zdjęć, bo nie chcą się załadować. Byle do przodu... przetrwać ten sajgon...