2i2 =22 dni do powrotu - WALCZ O SWOJE, bo... WARTO!



Kiedy człowiek jest zmęczony, wszystko go irytuje. Wczoraj poziom mojej irytacji wzrósł stukrotnie. Wczoraj pewien pracownik, który (za przeproszeniem) "pierdzi w stołek", dał mi piękną radę, "bym mimo zmęczenia była szczęśliwa"! 

Myślałam, że go pacnę butelką wódki, bo nie będzie mi prawić kazań osoba, która nie ma zielonego pojęcia o ciężkiej pracy.


 Zbyt długie zmiany w pracy dają mi się we znaki i postanowiłam się „postawić”. Wszystko jednak wcześniej dokładnie zaplanowałam w takie sposób, aby to moje „postawienie się” wyglądało w sposób zgodny z poznanymi na studiach technikami perswazji.  Ułożyłam sobie możliwy przebieg rozmowy z managerem i przygotowałam argumenty. 

Do odważnych świat należy – KONIEC Z WYZYSKIEM. 

Wszystko rozumiem – szczyt sezonu, odejście kolegów z pracy, zbyt mało ludzi do roboty, ale… u licha! To nie mój problem tylko hotelu! Nie będę zasuwać za trzy osoby! 

Idę na rozmowę z managerem i KROPKA. No i…
poszłam.

Okazało się to najlepszym krokiem, jaki mogłam podjąć. Postawiłam sprawę jasno. 

OŚWIADCZYŁAM, że dziś jest ostatni dzień, kiedy zostaję w Santa Marii do 20:30. Wiem bowiem, że na dziś już nie znajdzie za mnie zastępstwa. Od jutra pracuję do 18 i kropka. Guzik mnie obchodzi, kto będzie serwował na kolacji, ale ja na pewno nie, bo 12 godzin bez przerwy to za dużo dla każdego. To jest ponad siły!
Cała rozmowa przebiegła tak, jak sobie planowałam. 
Nie wdając się w zbędne szczegóły… 
SUKCES!

Od dziś pracuję do 18! I ani minuty dłużej! Hurrra! Niedzielę świętuję skróceniem czasu pracy o 3 godziny. Życie od razu staje się piękniejsze! Warto walczyć o swoje. WARTO.

Z hotelowych newsów:

*Ponoć przyjezdnych gości ubywa – mnie osobiście to niebywale cieszy. Rodzin z dziećmi będzie coraz mniej.

*Jedna rodzinka jest na tyle sympatyczna, że zyskała u mnie specjalne względy i dostaję codziennie od niej napiwki – co jest cenne w Santa Marii, bowiem tam praktycznie nikt ich nie daje.

* Gdzież się podział nowy recepcjonista? Muszę wybadać jego zmiany, bo wczoraj go nie było… :/

* Polacy – kolejne napływy nowych gości, którzy narzekają na wszystko, co się da. (?)

* Czasami modlę się o to, by niektórzy goście jak najszybciej wyjechali do domu. Czasami moja radość jest tak wielka, że wylot „buractwa” świętuję pyszną kawą, którą dostałam w prezencie od „wyjezdnych” z (UWAGA) polskim mlekiem [była „Mlekovita”, było „Białe mleko”, teraz zamówili tańsze – „Zambrowskie”, które piłam mieszkając w czasie studiów w Poznaniu].

* Romanse hotelowe nie mają końca. To najśmieszniejszy element mojego wyjazdu na Maltę. Nie muszę oglądać TV, by mieć 24h/dobę telenowelę. Już się człowiek gubi KTO, Z KIM, JAK, DLACZEGO… Ten zerwał z tamtą, tamten spał z tą/z tym, tu zdrada, tam flirt… Nie mnie to oceniać – niektórzy twierdzą, że wakacyjne „miłostki” to norma i nie przejmują się, że mają w swoim kraju żony i dzieci. „To, co na Malcie – zostaje na Malcie”. Jakoś nie przemawia do mnie to usprawiedliwienie braku zasad moralnych, ale to sprawa indywidualna każdego człowieka. Niech sobie żyją, jak chcą. Ja idę swoją drogą i wiem, co jest dobre dla mnie. 

Uwieczniłam dla Was moją trasę "spaceru farmera". Kiedy podnoszę ciężary i niosę do magazynu, czuję się jak Mariusz Pudzianowski, a goście hotelowi dookoła dopingują i mają nadzieję, że jakoś doniosę karton alkoholu:-P

Recepcja w San Anton - miejsce zameldowań i wymeldowań oraz... centrum plotek.

Recepcja o 6 rano - tylko wtedy możliwe jest dobre połączenie z internetem... jeśli nie wiecie, czemu, to policzcie ilość osób na zdjęciu :-P
TO BE CONTINUED…

PS Krwiopijca powrócił. Wredne komarzyska się pojawiają, chyba to znak, że sierpień chyli się „ku upadkowi”. 

Nie lubię września – to chyba pozostałości traumy szkolnej. Może pobyt w tym pięknym kraju to zmieni. 
I hope so…