Do końca 23 dni - szok!



Dobry dzień za dniem. Kończę kolejny tydzień, a od następnego ponoć ma być jeszcze lepiej. 

Mam kończyć pracę o ludzkiej porze, czyli o 18 zamiast 21. Czy manager dotrzyma obietnicy? Zobaczymy.

Dziś sobota, której tu tak naprawdę nie czuję. Każdy dzień jest dokładnie taki sam – niedziela, wtorek… gdybym nie spojrzała w kalendarz – nigdy nie wiedziałabym, „co dzisiaj jest”. 

Nie mogę również uwierzyć w to, że w Polsce to ostatni (nie dla studentów) tydzień wakacji. Współczuję i łączę się z Wami w bólu. 
Wszystko co dobre, NAJSZYBCIEJ się kończy. 
Tak jest ze wszystkim.

***
 
Z hotelowych newsów:

Mamy taką rodzinkę, która daje się nam we znaki. Nie chcę używać dosadnych słów, ale powiem tylko tyle: ŚWIRNIĘCI. Caaała rodzinka, bo „jaka mać – taka nać”. (*Synek to ten chłopak, co zamienił sobie opaskę na all inclusive dla dorosłych, by żłopać alkohol). Wczoraj matka wylała prosto w twarz kubeł coca-coli mojemu koledzy z pracy. Ponoć był niegrzeczny (w co nie wierzę, a poza tym znam możliwości „ściemniania” tej „rodzinki  Adamsów”). Kolega miał więc niezłe przeżycia – tym razem nie padło na mnie – ufff… Oczywiście GDZIE? W San Anton – jakże by inaczej. Sodoma i gomora – I can’t stand this place! Nie znoszę tego miejsca!


W recepcji mamy nowego pracownika (imię czyta się SZON, ale nie pamiętam jak się pisze). Określony przez Sylwię mianem „APPOLLINA”, więc możecie sobie wyobrazić tylko, jak jest przystojny. Kiedy ten „boski” Włoch odezwał się do mnie i zaczął rzucać dziesiątkami słów po polsku (typu: Witaj; Jak się maś; Smaczniego; Na zdrofie; Dziekuje;…) to padłam na kolana. Okazało się, że miał dziewczynę z Polski, gdy mieszkał w Londynie. Tam też pracował jako barman. Mamy nadzieję, że z Sylwią wyciągniemy recepcjonistę na balety. :-) Jedno jest pewne – będę częstym gościem w biurze recepcji :-P

Popsuł mi się aparat w telefonie (podejrzewam, że zbzikował z gorąca). Nie mogę przez to zrobić zdjęcia mojego kolczyka (tak- liczba pojedyncza!), który kupiłam. Zakładany na jedno ucho – skrzydełko anioła, zawijany na całą niemal małżowinę – cudeńko. Wczoraj po pracy od razu wybrałam się pospać godzinkę na plaży (ekonomicznie – opalenizna i wypoczynek za jednym zamachem, zamiast tkwić w hotelowym łóżku). Potem oczywiście nie mogłam sobie odmówić zakupów i oglądania, przymierzania… Mierzyłam i sukienki, i miętowe szpilki (ciut za duże). Chyba skuszę się na zakup portfela, bo mój już ledwo dyszy. Co prawda 15 EURO, ale porządny, solidny, wygodny i dokładnie taki, jakiego nie mogę dostać w Polsce. Zatem? Chyba nie będę żałować ciężko zarobionych pieniędzy – zresztą… to moje 3 napiwki, które obiecałam sobie przeznaczyć na przyjemności tylko dla siebie.

Dzieciaki (i nauczyciele :-P) rozpaczają z powodu końca wakacji, a ja tymczasem zacieram rączki. W hotelu to oznacza… SCHYŁEK. Rodziny z dziećmi wracają do domów = koniec lodów = koniec wrzasku = koniec napojów gazowanych co 2 minuty i chipsów! Hurrra! Zmieni się totalnie typ przyjezdnych gości (pary bezdzietne będą przeważać). 

Od dziś do poniedziałku włącznie tkwię w Santa Marii. Cieszę się, bo w jednym miejscu jest mi wygodniej utrzymać ład i lepiej się tam czuję. O 11 koleżanka poprowadzi aqua aerobik przy moim basenie, więc czas szybciej upłynie i będzie na co popatrzeć. Wtorek mam wolny. W środę zamieniłam się z kolegą, bo wolę osobiście skończyć o 21 niżeli o 1-2 w nocy i być potem nieprzytomna kolejnego dnia. 

Wszystko świetnie się układa. Kocham maltański klimat. Czuję się znakomicie. 

Pozdrawiam wszystkich, a Rodzince, Rodzicom i Grażynce dziękuję za wspaniałe zdjęcia, które dodają mi sił i wywołują uśmiech. Szczególnie cieszą zdjęcia mojej Kasieńki – ciocia Basia najchętniej przywiozła by jej wszystko i dała gwiazdkę z nieba. Już niebawem Was wszystkich wyściskam.

TO BE CONTINUED… 

PS Jeśli chcecie posłuchać piosenki lata 2015 na Malcie, która towarzyszy mi na każdym kroku, w każdym miejscu i o każdej porze, to zapraszam do potańczenia w rytmach Jasona Derulo
KEEP CALM AND DANCE – IT’S MALTA! :-)