48.dzień maltańskiego podboju :-)


Sierpień! Mój pobyt na Malcie rozkwita na dobre.

Sporo już za mną. Aklimatyzacja zajęła trochę czasu.
Był etap „szoku kulturowego”.
Potem poznawanie ludzi i obowiązków.
Kolejno „skok na głęboką wodę” i samodzielne „kroki” w pracy.
Następnie (konieczny) pamiętny lekki kryzys, aby oczyścić atmosferę i własne wnętrze.
Czuję, że obecnie jestem na etapie „doskonalenia” i „nabierania wprawy”. Uczę się kombinować. Wypracowuję własny „styl” serwowania i dobrze wiem, z kim warto „trzymać sztamę”, a kogo unikać jak ognia.
Przefiltrowałam ludzi – kto kradnie, kto kłamie, kto kieruje się jakimi zasadami.
Klientów dzielę na „grupy”, bo dzięki temu wiem, jak do kogo „podejść”.
Odważniej i śmielej podbijam Maltę i jej niesamowite zakątki.
Nie mogę doczekać się każdej samotnej wyprawy, kiedy to odkrywam kolejny element tej bajecznej układanki.

Zaznaczam miejsca, gdzie byłam :-) Zapomniałam o lotnisku :-P
***
Po wczorajszym dniu, kiedy to czułam się (przepraszam za wyrażenie) „wypluta” po trzynastu godzinach harówy, myślałam, że dziś obudzę się w stanie niedyspozycji i lekkiego niedowładu kończyn od przyciskania cholernych guzików zepsutej maszyny do soków.
u mojemu zdziwieniu, wyspałam się i wstałam pełna energii.
Pęknięte naczynka się „pochowały”. Wory pod oczami zniknęły.
Sen jednak czyni cuda. W nowym pokoju i po przesunięciu łóżka z dala od dziur w suficie - śpię jak zabita. Zasypiam (jak mój Tatula  :-)) w 9 sekund. Cudownie.
Zjadłam śniadanko z kolegą (ostatnio ciągle na siebie wpadamy w restauracji, więc razem jemy), pogadaliśmy jak zwykle o hotelowych realiach. Jose (tak – kolejny „HOZE” – popularne imię) pracuje w recepcji, więc dzieli się wszelkimi spostrzeżeniami. Jestem z siebie dumna, że powoli dochodzę do etapu, kiedy język pozwala mi prowadzić w miarę sensowną dyskusję i nie czuję, że brakuje mi słów do rozmowy. (Step by step – krok po kroku, łamię językowe bariery!) Dziś gadaliśmy o skargach gości, którzy teraz są wściekli za sprawą niedziałających klimatyzacji, a zimą za sprawą braku ogrzewania. Dowiedziałam się, że wrzesień już będzie spokojniejszy, bo dzieciaki idą do szkoły. (Mniej wrzasku: „I want an ice cream! Ice cream!” „Chcę loda!”)
W sierpniu czeka nas fala upałów. Wrzesień też jest bardzo gorący, ale ponoć niezbyt przyjemny. Zobaczymy.
Po śniadaniu stwierdziłam, że mam mnóstwo sił, by podbić kolejne piękne miejsce na wyspie. Nie wiedziałam za bardzo, na co mam ochotę. Chciałam połazić, porobić piękne zdjęcia i zacząć kompletować prezenty dla bliskich, bo nazbierałam już trochę tych napiwków. (***Wczoraj przed snem podliczałam kasę z sejfu i bardzo poprawiłam sobie tym humor – zamiast tracić pieniądze na głupoty, wydaję na zwiedzanie, co zaś sprawiło, że i tak pieniędzy nie ubywa - rewelacja! Budżet planuję rozsądnie, wydaję na najpotrzebniejsze rzeczy i drobne przyjemności w postaci spróbowania czegoś dostępnego tylko tutaj.) Otworzyłam przewodnik, który dostałam w prezencie od Mamy z Empiku i postanowiłam wylosować kolejny cel wyprawy.

Los chciał, bym udała się w dzisiejszym dniu wolnym do…

MDINY!

Czemu nie?! No nic, zbieram się – nie ma odwrotu. Nie ma wymówek.
Poleciałam do naszej hotelowej informacji i zapytałam, którym autobusem najlepiej podjechać. Polecono mi linię „X3” – jedzie przez Mdinę aż na lotnisko. Spoko.
Spakowałam niezbędne rzeczy, czyli:
  1. naładowaną lustrzankę (sprawdzam 3 razy baterię),
  2. naładowany telefon,
  3. mapkę,
  4. pieniądze (tym razem więcej na prezenty, bilety i kolejną porcję pocztówek i znaczków do bliskich mi osób)
  5. wodę i „zwinięte” jabłka z kolacji,
Okulary na nosie. Krem z filtrem na skórze. Możemy ruszać – w drogę, Cropson!

Poszukiwania przystanku „X3” były bardziej skomplikowane niż zwykle.
„Koniec języka za przewodnika” – to moja dewiza. Jak nie wiem – pytam każdego, kto się nawinie. Oczywiście wytłumaczono mi, że muszę kawałek się przejść i pokazano kierunek, więc zaliczyłam dodatkowo długi spacer po okolicy i wstąpiłam do sklepu, ponieważ wypatrzyłam na wystawie cudowne widokówki – w sam raz do kolejnej wysyłki. Mam nadzieję, ze odbiorcy się ucieszą.

W miejscu, gdzie mieszkam są winorośla! Plantacje wyglądają cudnie. Niestety... tylko wyglądają. Spróbowałam jedno winogrono. Obrzydlistwo. Cierpkie i kwaśne. Nie dało się zjeść.





Wspomniane plantacje winorośli :-)



Na Malcie, gdzie nie spojrzysz - roboty drogowe. W Bugibba też...






Spacer po okolicy - zawsze znajdzie się coś ciekawego tuż pod nosem :-)





Domy przy przystanku wyglądały cudnie :-)
Kiedy doszłam na przystanek, okazało się, że szczęście mnie nie opuszcza. Akurat jechał mój autobus! Wskoczyłam do niego, zapłaciłam standardowo dwa „jurołs” za „łanłejtiket” i delektowałam się widokami. Polubiłam komunikację miejską na Malcie.
Tradycyjnie pogadałam sobie z kierowcą, który polecił mi, gdzie mam koniecznie się udać w Mdinie i co ciekawego znajdę na południu Malty.
Zainteresowały mnie bardzo dwie nowe destynacje.


Muszę jechać do Błękitnej Groty i na niedzielny targ rybny do Zatoki Marsaxlokk. Autobusista powiedział mi, że w niedzielę z samego rana w Marsaxlokk (czytaj: Marsaszlok) muszę się tam koniecznie wybrać. Bardzo dobrze się składa, bo jedną niedzielę mam wolną chyba w następnym tygodniu. Jestem ciekawa, czy uda mi się wypytać tamtejszych rybaków i wędkarzy o jakieś przynęty lub akcesoria do połowu, bo chcę coś przywieźć specjalnego mojemu bratu. Mam nadzieję, że coś znajdę – jak nie tam, to spytam w porcie.
Z Bugibby do Mdiny jedzie się jakieś pół godziny. Przyjemna podróż w klimatyzowanym busie. Wysiadłam bez większego planu zwiedzania. Pomyślałam – pójdę za tłumem. Tak naprawdę nawet nie musiałam iść za turystami, bo Malta to raj dla samotnych podróżników. Od razu rzucił mi się w oczy plan Mdiny.




Znalazłam najważniejsze atrakcje i punkt informacji turystycznej, skąd wzięłam szczegółową mapkę okolicy za darmo. 
Dodam tylko, że ta mapka była cudownym wyznacznikiem mojej trasy zwiedzania i skonstruowano ją dla takiego „orientacyjnego cymbała” – jak ja :-P . Prosta, przejrzysta i pomocna. Sami widzicie – nic, tylko odkrywać! Czego tu się bać? Jak nie wiecie – pytacie. Jak chcecie coś znaleźć – szukacie. Łatwizna.
Najpierw pospacerowałam po Howard Garden i uwieczniłam publiczne toalety, aby po raz kolejny zdemaskować bzdurne informacje w przewodniku, że na Malcie takowych nie ma!











Wróciłam się jeszcze do Domus Romana, by zerknąć tylko na muzeum i wstąpić do sklepów.


Jeden potężny i luksusowy sklep zwabił mnie czymś pięknym i absolutnie wyjątkowym. Czekało tam coś tylko na Basię! Spojrzałam i wiedziałam, że to właśnie to. Prezent z okazji Urodzin mojej Mamusi – zakupiony. Pewnie, że nie powiem – niespodzianka! Na marginesie – przylatuję do Wrocka 13 września w niedzielę o 20:30, a Urodziny Mamy są dzień później :-P Pociągiem akurat dojadę na czas. :-P
CIĄG DALSZY JUŻ JUTRO RANO.
Dziś tylko kilka pięknych fotek, by narobić apetytu na więcej. Jutro wstawię fotorelację ze względów technicznych. Ładowanie zdjęć przy braku stabilnego łącza internetowego to wyczyn, więc proszę o cierpliwość. Jutro z rana dalsza część relacji z Mdiny z mnóstwem bajecznych fotografii.



Mam nadzieję, że oddadzą choć cząstkę tego, co mam szczęście podziwiać na własne oczy.






Cholerka, ależ ze mnie szczęściara. Najpierw Karaiby, teraz TO…
Zaczęłam żyć.
Bo żyć, to nie znaczy tylko istnieć. Między oddechami – musi być coś jeszcze.
Kocham Cię, Życie.

TO BE CONTINUED…

PS Do końca pobytu tylko 44 dni.