51.dzień "bez marudzenia" tygodnia ósmego



Takiej decyzji się nie spodziewałam. Szefostwo odmówiło spotkania z kolegą. To tak, jakby pomachali mu na drogę i powiedzieli „droga wolna”. Stwierdzili, że nie ugną się przed takim pracowniczym szantażem i że nie ma ludzi niezastąpionych. 

Jak twierdzi mój manager: „Don’t worry, Barbra”. 


Mam się nie przejmować, tylko przemęczyć ten tydzień. W kolejnym mamy mieć już nowych pracowników. Normalnie to bym w to nie uwierzyła. 
Pomyślałam, że po prostu chcą pokazać koledze, kto tu rządzi. Osobiście jednak gadałam wczoraj z nowymi kandydatami. Jedną piękną dziewczynę odrzucili na wstępie, bo za słabo mówi po angielsku. 


Mogłoby się wydawać, że do serwowania w barze wystarczy kilka podstawowych słów, ale… guzik prawda.
1.       Klienci lubią sobie pogadać.
2.       Musimy potrafić łatwo porozumiewać się między sobą, z managerem, gośćmi.
3.       Trzeba często (wybitnie często) wyjaśniać gościom, że muszą płacić, albo – za co muszą, a za co nie muszą.
4.       Należy umieć udzielić innych informacji związanych z hotelem (przykład z wczoraj: podchodzi do mnie gość i pyta, gdzie znaleźć szefostwo, kiosk, toaletę, apteczkę, czy warto jechać tu i tam, czemu recepcja nieczynna, dlaczego nie można kąpać się w hotelowym basenie po 19:00). Bez angielskiego nie wytłumaczysz ludziom, ze np. po godzinie 19 do basenu są wpuszczane chemikalia, które w nocy czyszczą wodę.

Rozmawiałam także z kolegą z Anglii, który aplikuje do nas na stanowisko barmana. Baaardzo go lubię, bo pomógł mi podczas ostatniej przeprowadzki do nowego pokoju i nosił mi i Magdzie rzeczy! Miły, kulturalny, cały wytatułowany i wykolczykowany, megawysoki i megaszczupły. Wygląd nie ma tu znaczenia, bo człowiek jest doświadczony (zaprawiony w barmańskim boju), inteligentny, bardzo sympatyczny i energiczny. Z pewnością szybko dołączy do zespołu, z czego cieszę się ogromnie. Nieco odciąży nasz zrujnowany grafik. Oby, oby.

Wczoraj utarg miałam ogromny. Sama przyniosłam sobie wszystko i zaczęłam po godzinie 8. Kartony malibu, wódki, ginu, likierów, chipsy, soki, piwa w puszkach, wody, worki z lodem. Kursowałam niczym Mariusz Pudzianowski w „spacerze farmera” z uśmiechem od ucha do ucha.

Nie skarżę się na nic, nie narzekam. Nie lubię błagać o pomoc. Po prostu robię więcej kursów – krok po kroczku wszystko „znoszę” do swej klitki. Skończyłam o godzinie (dokładnie 21:04). Nie czułam wczoraj nóg. Wzięłam sobie baletki z Top Dance i kilka godzin próbowałam serwować drinki właśnie w nich, ale skończyło się na tym, że pod koniec moje stopy odmówiły posłuszeństwa i zmuszona byłam zasuwać w czarnych skarpetkach (takich „baletkowyh”). Muszę dziś poprzyklejać plaster, bo mam lekką ranę, ale nie boli. Zdarta skóra i odcisk – nic wielkiego.

Dziś ta sama zmiana – 9:30 do 20:30, w praktyce 8:30 – 21:00. Będzie dobrze, bo większość przytachałam wczoraj. Wszystko pozakręcałam i pochowałam, a to bardzo ważne. Sprzątam bowiem po całym dniu pracy, a rano zastaję w miarę jako taki porządek. Musimy zakręcać gaz, chować absolutnie wszystko, bo pracownicy i goście (złodziejstwo!) włażą sobie w nocy i urządzają imprezki – piją, jedzą za darmo i robią bajzel taki, że przed otwarciem trzeba po tym sprzątać dobrą godzinę. Szkoda słów! Nauczona doświadczeniem – zamykam nawet plastikowe kubeczki i wafle do lodów. Wszystko pod kluczyk! I nie ma imprezy :-P

Nie ma narzekania. Jak widać, powinnam się cieszyć, że tu pracuję z racji tego, że faktycznie chętnych na stanowisko kolegi nie brakuje. Lekko mnie to dziwi, ale z drugiej strony każdy chwyta się jakiejkolwiek pracy. To zawsze jakieś pieniądze potrzebne do życia. Koszt mieszkania na Malcie to około 300-400 EURO (wynajem pokoju z łazienką i chyba rachunki), ale drogie jest życie: jedzenie, rozrywki, kosmetyki… Cieszę się, że ja praktycznie mam rewelacyjną sytuację, bo nie muszę płacić za nic – tylko za swoje zwiedzanie i rzeczy osobiste (higiena i takie tam).
Niebawem powinnam dostać kolejny czek z kieszonkowym. Cieszy mnie kolejna wizyta w LOMBARD BANKU.
 
TO BE CONTINUED…

PS Jutro wolne! Dzisiejszy dzień - dniem bez marudzenia, ale jutrzejszy... dniem regeneracji i odpoczynku (no i PRANIA! :-P )