52.dzień - kiedy w pracy się "nie leży" - odpoczynek się należy :-)



Dzień bez marudzenia zakończyłam nie marudząc, mimo tego, że brakuje mi internetu do kontaktu z rodzinką. 

Mam nadzieję, że się nie martwicie, ale kiedy zaczynam pracę o 9 i kończę o 21 (wczoraj równo o 21:04 + czekanie w recepcji 15 minut), to nawet nie marzę o złapaniu zasięgu, kiedy na recepcji jest setka ludzi próbująca wejść na Facebooka. Padłam wymęczona i zasnęłam snem kamiennym.

Wczoraj poznałam niezwykle sympatyczną grupę studentów z Francji, z którą przegadałam jakiś pół godziny. Przyjechali doskonalić angielski (mają tu jakieś lekcje) i zostają w naszym hotelu… na miesiąc! Genialnie, bo jeden Francuz jest napraaaaawdę… fajny :-P Już się zgadaliśmy na jakieś wspólne imprezowanie w Paceville niebawem.

W pracy – jak to w pracy – ciągłe przeboje. Sprrite nie działa, Fanty nie ma, skończył się lód i… LODY. Jakże się wrednie cieszyłam w duchu, że nie muszę biegać do zamrażary z pękającym kręgosłupem i nakładać dzieciom po 20 lodów! Miny brzdąców, kiedy mówiłam, że lody się skończyły i czekam na dostawę były nieciekawe – usta wygięte w kształcie podkowy i bieg do rodziców ze skargą, że wredna Barbra nie chce dać słodyczy - jakoś mnie nie obchodziły po tylu godzinach za barem. Rodzice tylko pomstowali, że płacili za „all inclusive”, a jak zwykle „Blue Shit” nie ma nawet lodów…
Przeżyjemy.
Mi to zwisa – zgłaszam, czego nie ma i sama nie stworzę.
Nie moja „broszka”.

Nigdy nie pisałam, jak wygląda moje miejsce pracy, więc wczoraj – korzystając z chwili wytchnienia od klientów – porobiłam zdjęcia, by pokazać Wam Santa Marię Pool Bar.

Zamrażarka z lodami wyłącznie na sprzedaż


Słynna maszyna do soków i wody po lewo, w środku do kawy, a po prawej - do napojów gazowanych - nieustannie zepsuta

Piwo, wino...

Część alkoholi - tanie, dla "all inclusive" - przykładowo wódka ma 30% i jest rozrobiona z wodą - feee

Znienawidzona zamrażarka z lodem, którego brak i lodami (skończyły się  - hurra!)

Przez to okienko po prawej serwuję dzieciom, które nie sięgają do "tradycyjnej lady"

Rano z recepcji biorę "float", czyli sakiewkę z kluczami i 50.EURO na rozruch - zwykle są to "papierki" i nie ma z czego wydawać reszty. Sama zawsze muszę zadbać o to, by mieć drobne, bo w hotelu NIE MA. Lecę do sklepu na rogu (oczywiście w ubraniu "nie roboczym") i rozmieniam kasę, by spokojnie mieć "resztę" dla klientów.

Maszyneria, czyli beczki piwa, cola, wężyki, pompy... dopiero po 50 dniach już nie wydają się dla mnie takie straszne, jak na początku :-)

Jak wyżej :-)

Jest i lista obowiązków pracownika - byłoby fajnie, gdyby każdy się do niej stosował :-P

Tyle nanosiłam alkoholi ;-P Strong woman!

Moja karteczka dla klientów :-P

Tak powstaje rachunek z całego dnia w księgowości Basi - co do centa się musi zgadzać i koniec. Kropka.
Dzisiaj dzień regeneracji, bo moje ciało jest wykończone. Uprałam beznadziejny mundurek do pracy (sztuczny materiał nie przepuszczający powietrza sprawia, że nawet ja się pocę w tym worku pokutnym) i właśnie idę na plażę… spać! Potem pochodzę za upominkami, które powoli zaczynam kompletować. Wyślę też porcję kartek, które przygotowałam. Lenię się cały dzień, ponieważ jutro czeka mnie maraton, którego się boję. Najgorsza zmiana. Hardcore. Od 9-21 w San Anton. Jak to przetrwam, to po prostu wytnę sobie order z marchewki i poproszę o fanfary na swoją cześć.
Jeśli nie – ostatnią wolą cały swój niewielki dobytek w testamencie zapisuję bratanicy Kasi :-P

Żarty na bok. Zaciskam zębiska i przetrwam. Dziś nabiorę tyle sił, że jutro pokonam przeciwności. Kto jak nie ja!

TO BE CONTINUED…

PS Dziś rozpoczął pracę nowy kolega z Anglii. Ufff… Kolega, który odszedł, ma ponoć w czwartek wylot do domu (w co nie wierzę, ale zobaczymy).

PS II Justyna - zostało 40 dni :-P :-D