54. - to będzie dobry dzień, czuję to! :-)



38 dni do wylotu do Wrocławia. 

Wczorajszy dzień zaliczam do tych, z których mogę być dumna. Przeżyłam, choć to było tak trudne, że po prostu niejedna osoba by padła, usiadła i powiedziała: „A idźcie wy wszyscy w cholerę!” po czym udała się pod prysznic i do łóżka. 

Pracowałam od 8 do 21. Zmiana „śmierci”. Nie miałam rano połowy potrzebnych rzeczy, które musiałam przytargać sama. Nie czułam rąk już przed otwarciem baru.
Sama. Samiutka. 
Na obiad doszedł spóźniony kolega (Hiszpan), który ma w genach zapisane „don’t worry”, nie spiesz się, jakoś to będzie i generalnie lenistwo do roboty. Także tylko przeszkadzał mi i robił bajzel, ale mogłam przynajmniej coś zjeść. 

Było. Minęło. Najbliższe dwa tygodnie już nie mam tej zmiany, więc oddycham z ulgą i staram się zapomnieć. 

Dziś zaczynam w Molly o 17. 


Na szczęście… nie sama! Z Frithem (końcówka imienia wymawia się jak początek cyfry 3 – three). Nowy pracownik, którego bardzo lubię w przeciwieństwie do pozostałych. 
Mówią, że jest zarozumiały, pewny siebie, arogancki. Mam to w nosie – dla mnie liczy się, że:
- chłopak ciężko haruje (i to z uśmiechem),
- jest słowny, odpowiedzialny (póki co),
- ma świetne podejście do klienta i jest Anglikiem (stąd dogaduje się z większością klienteli),
- nosi mi wszystko bez marudzenia i wymigiwania (wino, piwo, lód, beczki… <3 ! )
Normalnie skarb pracowniczy! Teraz! Kiedy najbardziej brakuje rąk do pracy! Bardzo dobrze się dogadujemy, mimo że czasem (mimo moich próśb) zapomina, że do mnie musi mówić 5 razy wolniej, bym zrozumiała jego język. To dopiero niezła lekcja angielskiego – tempo i skrótowość jego mowy to coś, czego nie kupię sobie w Polsce na kursie językowym. Kolejny dobry powód wyjazdu za granicę w celu doskonalenia języka.

Pochwalę się, czemu jeszcze jestem dumna po wczorajszym dniu. Mamy nowych gości, którzy są nauczycielami angielskiego w Anglii i mówią, że uczą ludzi różnych narodowości. Mają wśród uczniów mnóstwo Polaków. Gadałam z nimi i facet był zachwycony moim angielskim. Oczywiście broniłam się, że mówię tylko trochę i moja wymowa jest okropna, ale on powiedział, że zna dobrze polski akcent, a ja mówię z dobrym akcentem angielskim. Nie mogę jakoś do końca mu uwierzyć, ale złapałam się na tym, że „ze słyszenia” także przecież wiele się uczę i za sprawą powtarzania na głos zamówień klientów. Ucieszyłam się strasznie, kiedy ten nauczyciel sam z siebie pochwalił mój angielski.
 :-) :-) :-D B-)

Z hotelowych newsów:
1.       Kolega Robert wyleciał wczoraj do domu. Magda miała wolne, więc odwiozła go na lotnisko. Szczegółów nie znam, bo nie jestem wścibska, by na siłę dopytywać co i jak – szczególnie w takich drażliwych sprawach. Szkoda. Nie spodziewałam się, ale cóż… życie.
2.      Jeden z panów „naprawiaczy” próbował naprawić telewizor w pokoju gościa. Najpierw gość został mocno porażony prądem, potem zaś pan obsługi technicznej hotelu. To całkiem poważna sprawa, bo prąd kopnął ich nieźle. Szefostwo głowi się nadal, co z tym zrobić i jak wyciszyć aferę. To właśnie realia hotelowe – „WYCISZYĆ” – główna misja.
3.       Dziś do Molly wpadną Francuzi. Dobrze, że jestem z Frithem na zmianie – będzie mi lżej i mogę się nieco wystroić :-P
4.       Komary chyba pozdychały z gorąca.
5.       Nie przeszkadzają mi upały – to moje klimaty. Muszę się wygrzać na całą polską jesień i zimę.
6.       Coraz mniej się przejmuję chamskimi klientami – ile razy ich w życiu jeszcze zobaczę? Pewnie nigdy. Podać drinka i "nara". Niech idzie dziad w swoją stronę, a ja pójdę w swoją. Niechże wysysa energię życiową innym.

Na koniec coś dla "oka".
   
Spacerując, chciałam pokazać Wam coś, co mnie osobiście zachwyca, a mianowicie „domostwa”. Wejścia do domów na Malcie są tak różnorodne i ciekawe, że zasługują na Cropsonowy przegląd na blogu.
Sami zobaczcie! 

Jedne kiczowate, inne klimatyczne. 
Ładne i brzydsze. Stare i nowe. 
Każde NIEZWYKŁE na swój sposób. 
Różne. Piękne. 


 Proszę zwrócić uwagę na nazwy na tabliczkach!
;-P ;-)

















Najbardziej lubię obserwować to, czego nigdy wcześniej nie widziałam, a mianowicie: palmy przy wyjściach, kaktusy, tabliczki z nazwami domostw, dziwaczne rzeźby, fontanny, kwiaty, żywopłoty, skrzynki na listy...













TO BE CONTINUED...

Chyba zakochałam się w Malcie <3