56.dzień wolny - jest pięknie!



36 dni do wylotu do Wrocławia.

Rejs do Comino i Gozo oraz do Blue Lagoon wykupiony i tym samym zarezerwowany na jutro. 

Wyjazd z hotelu o 10. Powrót wieczorem, więc relacja pewnie znowu na blogu ukaże się w kilku częściach. 



Wspaniale, że mam możliwości finansowe, by kupić sobie taką wycieczkę, która będzie lepsza od wszystkich kurzących się na półce bubli. Co to za pamiątka, po której w sercu i głowie nic nie pozostaje? Dla mnie pamiątką są obrazy, które przywołuję w pamięci, zdjęcia, znajomości, doświadczenia, przygody i drobiazgi, które stymulują wspomnienia – drobiazgi – kamyczki z plaży, muszelka, którą znalazłam sama lub dostałam.

Wczoraj w pracy przeżyłam niezłą przygodę. Rano wszystko jak zwykle przygotowałam sobie wcześniej, by o godzinie 10 spokojnie i bez stresu zacząć serwować. 
Koło 11 ruch jest spory, bo to czas na wszelkie kawy, herbaty, lody… 
Kiedy obsługiwałam z uśmiechem kolejkę, nagle zrobiło się ciemno jak w horrorze. Niebo zasnuło się chmurami i słońce zniknęło tak nagle, że aż się przestraszyłam. 

Co się dzieje? 

Zerwał się ogromny wiatr, który zwiał mi z lady serwetki i cenniki. Zrobiłam szybką ewakuację i przyglądałam się tylko ludziom, którzy zastanawiali się, czy wiać do pokojów. Groźnie zrobiło się wtedy, jak usłyszeliśmy potężny grzmot gdzieś bardzo blisko (woda przyciąga pioruny). 
Niektóre dzieciaki zaczęły płakać, więc rodzice zmuszeni byli opuścić moje królestwo darmowych napojów przy basenie. Ja oczywiście zacierałam rączki, że może wszyscy sobie pójdą i dadzą mi święty spokój. :-P 
Obawiałam się jedynie deszczu, bo jak na Malcie pada – to pada KONKRETNIE. 
Zalewa całe miasta i poruszanie się możliwe jest w zasadzie tylko… w wielkich kaloszach. Deszcze są tutaj rzadkie, ale obfite niczym w tropikach opady zenitalne. 

Tym razem oszczędziły Bugibbę (nie wiem jak inne rejony), przepędziły mi nieco klienteli tak, że mogłam sobie dwie godziny włączyć w pracy „Blondynkę na językach” Beaty Pawlikowskiej, czyli praktyczny kurs mówienia i nauki języka angielskiego (konkretnie – British English). Korzystam z jej serii kursów i jestem zachwycona. Mam też język rosyjski, ale „dojrzewam” do niego. Serdecznie polecam! Płytka, nagrania, tłumaczenia, książka, wymowa – pełna profeska. Jeśli jesteście zainteresowani – pytajcie. Na płycie i w książce (w bardzo niskiej według mnie cenie) znajdziecie instrukcję, jak uczyć się efektywnie z autorskiej serii kursów pani Beaty, która jako podróżniczka zna wiele języków obcych.
(* wpis na blogu zawiera rekomendację Cropsona, nie zaś lokowanie produktu :-P ).

Po pracy, którą skończyłam po 21, pełna energii gotowa byłam jechać do Paceville na imprezę do klubów i przetańczyć całą noc. Wystroiłam się konkretnie w ulubioną miętową sukienkę i biżuterię, po czym otapetowana poszłam na umówione balety.

„Biforek” miał być w Molly Pubie. Zrobiłam sobie tam sama pysznego drinka z „Peach i Melon Schnapsem” i wódką (zmodyfikowana Cropsonowa wersja Sex on the beach). Nastrój imprezowy jednak w moim przypadku nie jest uzależniony od ilości wypitego alkoholu, więc w sumie to tylko degustowałam, ***w przeciwieństwie do niektórych.

Cała historia skończyła się tak, że „zwiedziłam” jedynie okoliczne bary w Bugibbie, a zwłaszcza B-Bar (Bugibba Bar) z muzyką typowo „czarne rytmy” rap/hip-hop. Jestem wściekła na Sylwię i nawet nie mam siły opowiadać co i jak, ale jedno wiem na pewno – wszystkie wypady do Paceville będę sobie organizować z Patrycją, Elą, Moniką i Jose. 

Wróciłam do hotelu o 3 w nocy. Pogadałam jeszcze z Magdą, z którą rozumiemy i dogadujemy się świetnie, więc się jej wyżaliłam za wszystkie czasy. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre mi nie wyszło:
- zobaczyłam, że B-Bar - to fajne miejsce, ale nie odpowiada mi zgraja klejących się do ciebie czarnoskórych ludzi (nic nie mam do innych ras – podkreślam jednak, że to lokal, w którym 90 procent to Murzyni – nie mam zamiaru stosować tu jakiś zasad poprawności politycznej, bo nie widzę nic obelżywego w nazwaniu kogoś „Murzynem”). Obwieszeni łańcuchami rzucają się wręcz na każdą kobietę, która tam zajrzy, wyginając się przy raperach typu Akon. Toalety OK, bar niewielkich rozmiarów. Dwie rury do tańca dla chętnych… Nie skusiłam się, w przeciwieństwie do niektórych, choć zawsze chciałam spróbować i spróbuję, ale… nie w sukience!

Wracałam sama po małej kłótni z towarzyszką Sylwią, ale spacer był cudowny. Urządziłam sobie sama „Malta by night”, czyli spacerek nocą. Okolica jest bezpieczna, bez obaw. Żałowałam, że nie mogłam zrobić zdjęć telefonem, bo miałam końcówkę baterii, a jednak zawsze warto być czujnym i mieć możliwość dzwonienia na numery alarmowe. Uliczki rozświetlone otwartymi lokalami i latarniami, place, skwerki… klimatycznie. 
Magicznie. 
Spacer w iście moim stylu – samotny, pełen rozmyślań i zachwytu nad tym, że mogę tu być. Nikt nie odbierze mi takich cudownych chwil w zgodzie z samą sobą. 

*Normalnie, kiedy się z kimś pokłócę, to „gryzę się tym”. Doskwiera mi uraza i czekam na jakąś okazję pogodzenia. Tym razem – absolutnie nie będzie mi brakować niczego. Cenię sobie wspaniały kontakt z moją Madzią z pokoju i to mi wystarczy. KROPKA. 

Czasem lepiej odpuścić. Warto wiedzieć z kim „trzymać”, zaś starać się unikać toksycznych znajomości. Tyle w tym temacie. Z pewnością wiecie, o czym mówię.
[*Z ostatniej chwili: Sylwia dosiadła się do mnie jak gdyby nigdy nic przy obiedzie. Gadamy normalnie. Widać – sprzeczka poszła w niepamięć]. 

Dzisiejszy dzień wolny spędzam na regeneracji nóg, skóry niestety zanieczyszczonej (pot, ciężka praca, niedobór snu…), włosów, paznokci. Wieczorem pójdę się pomodlić, ale po południu chyba jeszcze zaliczę plażowanie, bo opalenizna schodzi tu z prędkością światła niestety. Lubię brązowy kolorek, więc chcę sobie poskwierczeć na słonku i korzystać z dwóch wolnych z rzędu dni. Przygotuję się do jutrzejszej wyprawy i na spokojnie znajdę czas na przyjemności oraz trochę papierkowo-organizacyjnej roboty. 


Nuda? Ależ skąd. Zawsze coś się dzieje. Sprawa z kradzieżą – w toku, ale kobietka raczej jest bez szans, bo wszystkim zależy na wyciszeniu całej sprawy. Jak się czegoś dowiem – napiszę. Ponoć mój manager rezygnuje z pracy w naszej sieci z końcem września. Cieszę się, że PO moim powrocie do Polski. Nie chciałabym na koniec przeżywać stresu związanego ze zmianami i rotacjami pracowników. Będzie dobrze. Mój Anioł Stróż czuwa i Bóg nie da mi zginąć – ot taka myśl, która niedzielnie trzyma mnie przy życiu. 


PS Dzięki swej „uprzejmości” zyskałam znajomość, dzięki której nie muszę się martwić o transfer z hotelu na lotnisko w dniu powrotu. Pan załatwi mi za „free”, jeśli moja agencja z Polski nawali. Ufff, ulga!


TO BE CONTINUED…