58. dzień, a wczoraj... dotknęłam raju :-)



Jaki dziś dzień? Sobota? Wtorek? Piątek? Zawsze zastanawiamy się z Magdą rano, kiedy leżymy w łóżkach i gadamy. Gdybym nie miała kalendarza lub telefonu – nie wiedziałabym. Dzisiaj idę do pracy po dwóch dniach wolnych, zatem – mamy wtorek. Całe szczęście lecę dopiero na 13:00, zatem mogę opisać wrażenia z wczorajszej cudownej wyprawy na Gozo i Comino.


Zacznę od pięknego poniedziałkowego poranka. Wspaniałe rozpoczęcie nowego tygodnia zawdzięczam pewnej niespodziance.
Kiedy pakowałam torbę na rejs, zauważyłam, że kończy mi się olejek do opalania i generalnie kosmetyki (typu żel pod prysznic). Niezbyt miła informacja, bo akurat takie rzeczy na Malcie są bardzo bardzo bardzo drogie (moim zdaniem). No trudno – trzeba będzie dokupić. Nie ma co marudzić – kobiecy niezbędnik i tyle.
Zjadłam śniadanie i postanowiłam poczekać na dworze na transport. Wykupiona opcja „Extreme” przewidziała darmowy transfer z mojego hotelu koło godziny 10 pod sam trap prowadzący na jacht. Koło 9:30 zagadnął mnie pewien pan z Polski (gość hotelowy, który był na wczasach z rodzinką w naszym hotelu) i pytał, czy w bagażu podręcznym może przewieźć kosmetyki (lata linią Ryanair). Otóż nie – nie przejdą kontroli bagażowej. Zmartwił się i… nie zgadniecie! Oddał mi cały zestaw kosmetyków za darmo, bo powiedział, że nie chce wyrzucać. 

Są dobrzy ludzie na tym świecie! Zobaczcie! Akurat teraz, kiedy najbardziej potrzebuję! Czy ja nie jestem „farciarą”? 

Ucieszyłam się bardzo i mam wielką nadzieję, że dobro, które od nich otrzymałam, wróci z podwójną siłą. Oby ich lot wczorajszy minął spokojnie i życzę im wszystkiego najlepszego. Cudowni ludzie. Kochani ludzie.

*** 

Transport czekał na mnie przed 10. Pan z kilometra już krzyczał: „EXTREME! Extreme! E-X-T-R-E-M-E!”. Nie sposób było nie trafić do czerwonego busika, który w mig przywiózł nas na przystań w okolicach „Body Shop” przy promenadzie w Bugibba. 


Pan przypomniał tylko, że powrót już oczywiście na własną rękę – cena nie zawiera transferu powrotnego do hotelu. Spoko – mam na piechotę jakieś 6 minut. 

Na pokład weszłam jako jedna z pierwszych, więc zajęłam świetną miejscówkę. 










Oczywiście wybrałam górny pokład, by robić zdjęcia. 

Stolik był ustawiony tak, że naprzeciwko mnie były dwa wolne miejsca. Podeszła do mnie pewna bardzo ładna uśmiechnięta kobietka i zapytała po angielsku, czy może się z kimś do mnie przysiąść. Jasne! Usiadły z koleżanką – równie sympatyczną, ale bardziej opaloną. Zwróciłam uwagę na jej wysportowane piękne ciało. 
Zaczęły rozmawiać… po polsku! Zastanawiałam się chwilkę, czy zdradzać swoje pochodzenie, czy nie. Dostrzegłam jednak szansę na pozyskanie świetnych towarzyszek podróży i od razu złapałyśmy wspólny język – dosłownie i w przenośni. Kobietki są na wczasach na 10 dni. 
Skąd? Świat jest mały, Proszę Państwa! 
Z Gorzowa! 
Mam nadzieję, że się nie pogniewają, ale muszę się Wam czymś pochwalić. Pochwalę się, że… płynęłam na Comino z Mistrzynią Świata (wysportowane ciało, o którym wspomniałam = wiosłowanie). 

Dziewczyny dobrze wykombinowały i zainspirują Was być może do bardzo fajnej opcji podróży na Maltę. Na stronie internetowej airbnb znajdziecie oferty od osób, którzy chętnie udostępniają turystom swe lokum. Dziewczyny płacą za nocleg 10 EURO od osoby. Mają duży pokój, w innym mieszka właściciel z dziewczyną. Na spółę łazienka i kuchnia. Są bardzo zadowolone. Jak widzicie – zamiast narzekać na brak kasy, wystarczy chcieć. Dla chcącego – nic trudnego.      

Wypłynęliśmy koło 11. Jacht był załadowany w pełni, ale płynęło się komfortowo. Nie bujało zbytnio, więc choroba morska mi nie groziła. Piękne widoki i przyjemna rozmowa oraz pstrykanie zdjęć sprawiły, że wyjątkowo szybko zleciała godzinka rejsu. 

Na pokładzie byli pasażerowie, którzy wykupili różne opcje. Przy wejściu na statek każdy dostał wedle rezerwacji opaskę na rękę – niebieską lub żółtą (była jeszcze czerwona, ale to tam dotyczyło nielicznych osób, którzy zarezerwowali jakiś dodatkowy rejsik łódką, czy coś podobnego).

Opaska żółta – którą miały moje towarzyszki i większość załogi – oznacza rejs za 17 EURO na 
Comino do Blue Lagoon z jednym posiłkiem i nielimitowanym piciem (tzw. open bar – piwo, cola, Fanta, woda). Czas wolny na Blue Lagoon (koło 4 godzin plażowania i opalania). 

Opaska niebieska (czyli moja) – dotyczy pasażerów, którzy kupili wycieczkę za 22 EURO na Comino do Blue Lagoon i dodatkowo na Gozo, bez posiłku, ale z napojami. 

Płynęliśmy zatem najpierw (mijając Comino) na Gozo, gdzie wysiadłam razem z innymi posiadaczami niebieskich opasek. Dziewczyny i „wszystkie żółte opaski” nie opuszczały pokładu, tylko popłynęły z powrotem na Comino i zacumowały przy Blue Lagoon. Ja w tym czasie, zostałam skierowana do autobusu, którym objechałam cząstkę wyspy Gozo. 

Zdjęcia z autobusu mnie nie bardzo zadowalają, ale – lepsze to, niż nic. Gozo wydało mi się bardziej ciche, spokojne. Mniej turystów. Domy jakby „bogatsze”. Uliczki równie urocze, co maltańskie. Widoki – oczywiście przecudne! Kierowca przez mikrofon powiedział, że postój potrwa pół godziny. Napisał też karteczkę, o której odjeżdżamy.
Jadąc z Xlendi na zachód, tuż przed miejscowością San Lawrenz, mija się po lewej stronie Ta’Dbiegi, centrum rękodzieła wyspy Gozo. Dalej na zachód droga, wijąc się szerokimi zakolami, schodzi do wybrzeża. 
Na krótko nim skończy się przy dużym parkingu tuż nad samym morzem, widać dwa duże kwadratowe bloki. Wyglądają one tak, jakby ktoś wyciął je z krajobrazu, Z parkingu trzeba podejść jeszcze kilka kroków po stromych skałkach do Dwejra Point. Miejsce znane z wyrastającego z wody skalnego łuku, zwanego oknem. Czas przy Lazurowym Oknie pozwolił mi nacieszyć się aparatem. 





Sfotografowałam to i owo. Oczywiście również publiczne toalety, których (zdaniem przewodnika z Empiku) rzekomo na Malcie nie ma. Obok stał mały piękny mały kościółek, który niestety był zamknięty. Ołtarz obserwowałam przez szklaną szybę w drzwiach.
Fajnie, ale… krótko. Serce rwało się, by popływać w błękitnej wodzie pośród rzeźbionych przez naturę skał. 

13:25 – prawie wszyscy siedzieli już w autobusie. 

Oczywiście jakaś kobitka 5 minut się spóźniła i czekaliśmy tylko na nią, zatem o 13:30 wyruszyliśmy do stolicy Gozo – do Rabatu.
Ponownie kierowca przez mikrofon oświadczył, o której mamy się stawić w autokarze. Mieliśmy jedynie niecałą godzinkę, by cokolwiek zobaczyć, ale w praktyce było to jakieś marne 35 minut, które zaostrzyło mi tylko apetyt na zwiedzanie przepięknej wyspy i jej stolicy.
Poszłam główną ulicą do centrum, by się nie zgubić. Nie miałam mapy i jestem „orientacyjnym kaleką”, więc wolałam nie ryzykować. 



Stolica Gozo jest inna niż stolica Malty. Mniej ludzi, inny układ uliczek, inny charakter… Nie mogę wiele powiedzieć po tak ekspresowym spacerze, ale marzy mi się tam powrócić. Oby była okazja!
Z Rabatu pojechałam do portu, skąd wszyscy z niebieską opaską EXTREME wyruszyliśmy do Blue Lagoon.

Na pokładzie czekała nas miła niespodzianka. Świeży zimniutki dojrzały arbuz, słodki jak miód, pokrojony na zgrabne kawałki. Szpachelka do nakładania i serwetki. Zjadłam z apetytem solidne trzy kawałki i ubrałam strój kąpielowy. W mig dopłynęliśmy do „RAJU”. 

Błękitna Laguna – rzeczywiście jest błękitna. Lazurowy kolor wody – powalający. Bajeczny. 



Niestety – ilość amatorów „raju” - przytłacza. Zbyt dużo ludzi. Tłok niesamowity, ale… co zrobić. Każdy chce zasmakować tak jak ja kąpieli w cieplutkiej lazurowej toni. Kapitan oznajmił, że o 4:30 wszyscy mamy być już na pokładzie, a jeśli ktoś się spóźni, to może dopłynąć sobie do domu jutro.
Po zamoczeniu nóżek w wodzie, najpierw obeszłam całą najbliższą okolicę i (jak to ja) musiałam wspiąć się na najwyższy punkt widokowy, by zrobić najlepsze ujęcia.

 Coś wyjątkowego. 

W klapeczkach dość ciężko chodziło się po dziwnym podłożu pełnym kamieni i porostów, które okazały się kłuć jak cholera. Weszłam kilka razy w to małe ustrojstwo i bolało tak, jakby się wlazło w kaktusa lub oset. Nie polecam.

 Poszukałam następnie najlepszego miejsca, w którym da się łatwo zejść i popływać. Nie wiedziałam niestety, co by tu zrobić z całym dobytkiem. Wzięłam bowiem i pieniądze, i aparat… o resztę rzeczy się nie bałam, ale o kasę i Nikona - jak najbardziej. Dziewczyn z Gorzowa nie znalazłam, ale nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie popływała w tak ciepłej wodzie. Co robić? Co robić? Myśl!
Szybko przeskanowałam ludzi przy brzegu. Starsza para na leżakach wzbudziła moje zaufanie. Po angielsku zapytałam, czy nie mogę koło nich zostawić swej torby z aparatem, bo się o nią boję. Zapewniłam, że nie potrwa to długo. Zgodzili się ją przygarnąć z uśmiechem błyskawicznie, a ja bez obaw już mogłam rozkoszować się kąpielą, sprawdzając tylko od czasu do czasu, czy nikt się przy niej (mojej torbie) nie kręci. Cały czas miałam ją w zasięgu wzroku, więc spokojnie popływałam w błękitnej wodzie calutkie pół godziny. Dawno nie przeżyłam nic tak przyjemnego.

(*Kąpiel w polskim morzu czy jeziorze to ostatnio dla mnie nic przyjemnego – wytrzęsie człowieka za wszystkie czasy i kończy się problemem z zatokami - w moim przypadku.)

Wrażenia? Nigdy tego nie zapomnę. Chłonęłam każdy moment. 
Barwy. Zapach. Emocje – błogostan, radość… mieszanka wszystkich pozytywnych uczuć, które istnieją. 

Promienie słońca odbijały się na powierzchni, dzięki czemu miałam wrażenie, że wskakuję w diamentowe lustro. Przejrzyste, kryształowe. 

Przy brzegu woda była nieco zmącona i kolorem przypominała odcień niebiesko-zielono-biały. Wystarczyło oddalić się nieco (było dość płytko nawet z dala od brzegu), by popluskać się w czyściutkiej toni. To na plecach, to żabką… to porzucałam piłką z dzieciakami… W końcu trzeba było jednak wyjść z wody, aby zdążyć na umówioną godzinę. (*Nie powiem, że kusząca była opcja kapitana, co do powrotu kolejnego dnia :-P Niestety… trzeba do pracy :-P ).
Kiedy poszłam na pokład, statek był już wypełniony ludźmi. Bałam się, że na górze nie ma już ani skrawka dla mnie i mojego aparatu. Weszłam jednak i od razu zlokalizowałam moje towarzyszki podróży. Pogadałyśmy i dzieliłyśmy się wrażeniami oraz kontaktami (numery telefonów, Facebook i takie tam). Dziewczyny widziały jeżowca i meduzę! Boję się meduz – niebezpieczne dziadostwo. Niestety na Malcie często występują i parzą. Przy każdej plaży widziałam dotąd ostrzeżenia, więc uważam, by nie paść ofiarą tej dryfującej galaretki.
Droga powrotna minęła szybko, ale pod znakiem zmiany pogodowej. Słońce schowało się za chmurami, jakby miało padać. Zrobiło się dość ciemno (jak na maltańską aurę) i chłodno. Wiało strasznie. Po pokładzie zaczęły fruwać puste kubki po napojach. Ludzie okrywali ramionka, bo momentami było im zimno. Z laguny wypłynęliśmy o 17. Koniec podróży – godzina 17:58. Zanim jednak ludzie wyszli z pokładu – minęło trochę czasu. W hotelu po krótkim spacerku byłam kwadrans po 18. 

Zadowolona. Szczęśliwa. Spełniona.

Pogoda jednak mnie niepokoi. Ludzie zaczęli panikować po trąbach powietrznych, które przeszły przez Włochy. Niby nadciągały na naszą wyspę i wystosowano specjalne ostrzeżenia. Wiało konkretnie. Pogrzmiało. Popadało tylko troszkę koło 19-20, ale za to tak, że śmigając w baletkach od hotelu do hotelu, miałam całe mokre stopy – FUJ! Nie lubię paniki i póki co nie dałam się jej ponieść. Deszczyk trochę ostudził rozgrzaną ziemię i temperatura spadła. Bar przy basenie wieczorem zamknięto i pub w Molly przeżywał wczoraj prawdziwe oblężenie. Dawno do serwowania w Molly nie potrzeba było aż trzech osób… wczoraj było bardzo dużo klientów.

Zjadłam kolację. Napisałam wiadomość Mamie, by się nie martwiła i poszłam spać. Zdjęcia zgrywają się do tej pory na komputer (kilka godzin), bo robiłam najwyżej jakości, aby mieć pamiątkę, gdybym chciała wywołać je w dużym formacie.
Dziś taka oto relacja. Fotorelacjami w częściach będę pewnie rozpieszczać cały tydzień, bo zrobiłam i filmy, i 600 ujęć! Dziś tylko ogólny zarys wyprawy, a szczegóły tego, co zobaczyłam i opisy zabytków w najbliższych dniach ze zdjęciami!
Nie mogę już doczekać się kolejnej wyprawy! Następne wolne – w piątek.
TO BE CONTINUED…
PS Dziś w pracy od 13-15 i 18-24. Jutro zaś od 9:30, a w praktyce od 7 rano, bo w Santa Marii urzęduje Jose (czytaj: Hose) i już widziałam tam taki bajzel, że klękajcie narody. Dzisiaj go pogonię do roboty, bo działa mi to na nerwy!