Po dniu harówki... impreza! 67.dzień - po co nam sen ? :-P



Wczorajszy dzień w pracy nie należał do przyjemnych.
Zgraja dzieciaków, które wymyśliły sobie swoje koktajle, dała mi się we znaki.


Denerwują mnie najbardziej sytuacje, kiedy:
1.dzieciaki podchodzą co 2 minuty po lody i nie powiedzą od razu, że chcą dwa lub trzy, tylko za każdym razem muszę wracać do zamrażary, przez co w ciągu dnia moje nogi pokonują trasę maratonu,

2.klienci nawiązują pogawędkę między sobą tarasując przejście (kolejkę) i stoją mi pod okienkiem (wczoraj ponad godzinę!) dyskutując o czymś, przez co nie mogę ani policzyć pieniędzy, ani nic zrobić,

3. ktoś podłapie czyjś pomysł – na przykład: wczoraj jedno dziecko zażyczyło sobie kulkę lodów w kubeczku z lemoniadą (Sprite). Pieni się to niesamowicie, przez co dla dzieciaków wygląda efektownie. W smaku…? Nie wiem, nie odważę się spróbować… Przez tego małego eksperymentatora jakieś 9 godzin musiałam podawać innym klientom miliony lodów z lemoniadą. Przecież każdy musiał do licha spróbować…

4. do okienka podchodzi klient (w 99,9% facet) i zamawia (na przykład) colę. Nalewam mu colę, podaję grzecznie. Ten jednym haustem wypija wszystko i mówi, że chce następną podając mi swój pusty plastikowy kubek. Wyobraźcie sobie, że niektórzy potrafią tak 6 razy – za facetem tworzy się kolejka wkurzonych gości, a ten wlewa w siebie kubek za kubkiem. Co mam zrobić? Nic nie mogę. Facet pije „na miejscu”, a na koniec bierze jeszcze ewentualnie ze sobą coś z alkoholem. 

5. ludzie nie rozumieją, że kiedy jestem w pracy od 9-21, to muszę czasem wyjść do toalety, albo pobiec po talerz z obiadem. Traktują mnie jak jakiegoś robota, który ma być na ich skinienie palca, bowiem ZAPŁACILI, więc im się należy. Przez kwadrans jeszcze nikt nie umarł z braku loda lub drinka, więc ostatnimi czasy mam samolubów w nosie. Zostawiam swą piękną ręcznie wykonaną tabliczkę „zaraz wracam” (ostatnio określam też czas, np. przerwa do 13:15) i idę jak normalny człowiek zjeść, bo przerwa mi się należy i tyle! Jak podchodzi do mnie ktoś z obsługi i mówi, że mam kolejkę, to teraz już mam totalną MELĘ i sama robię sobie przerwę tak, jak mi się podoba i jak mam potrzebę. Manager pozwala, więc wszystko w porządku – reszta mnie nie obchodzi. Nie uschną przez 10 minut.

:-)
Pochwalę się – dostałam wczoraj piękny napiwek od miłych gości. 

Zdarzają się dobrzy ludzie („perełki”), którzy doceniają moje starania i wysiłek. Staram się też każdego dnia coś śmiesznego wymyślać. Na przykład robię jakąś dekorację dla dzieciaków ze słomek, maluję coś długopisem i wieszam napisy, życząc gościom „udanych wakacji”… Wczoraj zyskałam tytuł „bardzo kreatywnej osoby”. Takie komplementy to ja uwielbiam :-) .
Swoją zmianę skończyłam o godzinie 21. Konałam, ale najbardziej moje nogi, bowiem wczoraj pierwszy raz nie usiadłam wcale przez 12 godzin na tyłku – przysięgam! Nawet zjeść musiałam na stojąco. Szefowa ostatnio zrobiła nalot (zapomniałam napisać!) i zwróciła koledze uwagę, że nie może siedzieć. Nie siadam więc (bo nie znam dnia ni godziny), ale głównie ze względu na to, że nie mam czasu, bo co sekundę podchodzi klient. 

Na kolacji odwiedziła mnie Sylwia, która miała wolne i… wręczyła mi prezent! Kochana kupiła mi bransoletkę na kostkę u nogi i teraz obie mamy taką samą! Jest śliczna! To podziękowanie za wspólną wyprawę do Valletty. <3

Sylwia namówiła mnie, bym poszła z ekipą pożegnać kolegę Mac’a (czytaj: Maka), który pracuje w TBH (tam gdzie mam dzisiaj zmianę  - w tym innym hotelu). Wspólnie o północy poszłyśmy najpierw do „Jack’s bar” w TBH, gdzie Monica (koleżanka barmanka) skończyła pracę przed 1. Następnie całą zgrają wybraliśmy się do Black&White – świetny lokal przy głównym placu Bugibba Square (polecam!). Dawno tak świetnie się nie bawiłam. Wytańczyłam zmęczenie i stres, pośmiałam się, poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Wszystkim nam będzie brakować Mac’a, bo to typ osoby, która z kilometra „świeci” jak słońce. Promienieje. Zaraża pozytywną energią. Nie widziałam jeszcze, by uśmiech zniknął na minutę z jego twarzy. Mac zawsze powtarza, że: „Uśmiech nic nie kosztuje, a zmienia wszystko!”. Już za nim tęsknimy…

Poznałam również Briana z recepcji w TBH, z którym spacerowaliśmy jeszcze po spokojnych ulicach Bugibby o 3 w nocy wraz z Sylwią. Nie żałuję, że poszłam mimo zmęczenia. Wróciłam nad ranem. Właśnie wstałam i ogarniam sytuację. Wyruszam niebawem serwować dziś jedynie od 12:30 do 15:00 podczas lunchu w TBH. 

Później LABA. Idę na plażę i na zakupy, bo wypatrzyłam genialne kolczyki. 

Odpocznę i pójdę wcześniej spać, bowiem jutro dłuuuuga zmiana w Santa Marii od 9-21.
Jest świetnie.
Jest mi dobrze.
Kocham życie.
Kocham ludzi.
Kocham nowe możliwości i swoje marzenia.
Nie mam czasu tęsknić, a kiedy zła myśl dopada – idę na spacer i pobuszować po sklepach.

Zapowiada się piękny dzień, czego i Wam życzę.

TO BE CONTINUED…